W Biedronce i to tej lepszej, ze stoiskiem garmażeryjnym i robotem do krojenia samemu chleba spotkałem gościa, u którego przez kilka dobrych lat trzymałem łódź z silnikiem i ożaglowaniem 7 m i kajak, oba statki składane. Kupowałem też u niego jaja od kur szczęśliwych. Pandemia nasze relacje osłabiła.

Gość robił wrażenie wyjątkowo z siebie zadowolonego, bo przeszedł na emeryturę rolniczą na nowych warunkach, kury wyrżnął, ziemię wydzierżawił i głośno zadeklarował, że na PiS będzie głosował. Ucieszyłem się z tego spotkania. Lubię towarzystwo ludzi sukcesu, zadowolonych z życia.

Sam też zacząłem się zastanawiać nad tym, czego mi do szczęścia brakuje?

No, powiedzmy … zdrowia.

Jednak na jakim poziomie?

40 pompek wyciskanych rano i 10 przebiegniętych kilometrów w czasie krótszym niż dwie doby?

Przecież, mając osiemdziesiątkę na karku, nie mogę marzyć o czymś innym niż mam. Nie mogę śnić o innych kobietach, bo przyzwyczaiłem się do tej, która od 54 lat, wydaje mi polecenia. Nie mogę fantazjować o nowym samochodzie, bo ten, który posiadam, jeździ i tak najwyżej 1 tys. km rocznie. Nie pragnę wilii z basenem, bo pewnie i w niej, tak jak w obecnym mieszkaniu mój pokój, wyglądałby również jak artystyczna pracownia. Nie pożądam innych rzeczy, takich jak smar fony, komputery, czy wyszukane dania. Jem przecież codziennie niedzielne obiady, a posiadany sprzęt wykorzystuję w 10% procentach jego możliwości.

Fakt – nie mam psa, ale to podyktowane jest, jak mówi żona miłością do zwierząt, które mógłbym wkrótce osierocić. Jednak czegoś mi brakuje i moje noworoczne życzenia sprowadzają się tylko do tego, żeby znowu mieć możliwość i motywację do pływania — krytą żabką na basenie, który mam dosłownie pod nosem, bo gdzieś we wrześniu, zawiało mnie, kiedy wracałem z pływania i wystąpił torticollis caput obstipum, który po trzech tygodniach przeszedł w ćmiący ból. Zrobiono mi RTG, na którym wyszło, że mam pomiędzy 5 a 6 kręgiem szyjnym — dyskopatię.

Przestałem więc chodzić na basen, dolegliwość, jakby ustąpiła, albo ja się do niej przyzwyczaiłem, przy czym nabrałem niczym pogryziony przez wściekłego psa – wodowstrętu co, jest dla mnie osoby noszącej mokre nazwisko, ciężkim pod koniec życia doświadczeniem.

Marzę więc o tym, żeby jak wcześniej w 2023 roku wrócić do… taplania się jak kaczor w wodzie.

Do siego Roku