Od sześćdziesięciu lat słyszymy tę samą opowieść. Dialog. Spotkanie. Braterstwo. Wzajemny szacunek. Budowanie mostów. Religie dla pokoju. Duch Asyżu. Dziedzictwo *Nostra aetate*. Wspólna odpowiedzialność za świat. Brzmi pięknie. I właśnie dlatego trzeba zapytać najprościej: gdzie są owoce? Jeżeli po kilku dekadach tej polityki chrześcijanie nadal są masowo bici, porywani, wypędzani, mordowani, oskarżani o „bluźnierstwo”, skazywani na obywatelstwo drugiej kategorii albo zmuszani do ukrywania wiary, a większość przedstawicieli judaizmu, islamu czy hinduizmu co najmniej milcząco to aprobuje, to nie mamy do czynienia z sukcesem. Mamy do czynienia z wielką religijno-dyplomatyczną iluzją.

Kościół po II Soborze Watykańskim uznał dialog międzyreligijny za jeden z filarów swojej obecności w świecie. *Nostra aetate* mówiła, że Kościół „nie odrzuca nic, co prawdziwe i święte” w innych religiach. Jan Paweł II w *Redemptoris missio* pisał, że dialog jest częścią misji Kościoła. Franciszek w dokumencie z Abu Zabi głosił „kulturę dialogu jako drogę”. Najnowsze watykańskie wypowiedzi powtarzają ten sam zestaw pojęć: pokój, braterstwo, godność, współpraca, potępienie przemocy. Tylko że świat nie jest zbudowany z watykańskich komunikatów.

Świat jest zbudowany z faktów. A fakty są takie, że chrześcijanie pozostają jedną z najbardziej prześladowanych wspólnot religijnych na świecie. Według Open Doors World Watch List 2026 ponad 388 milionów chrześcijan doświadcza wysokiego poziomu prześladowań i dyskryminacji. W dziesiątkach państw chrześcijaństwo nie jest traktowane jako równoprawna religia, lecz jako ciało obce, podejrzane, czasem wrogie.

W Pakistanie prawa o bluźnierstwie służą do zastraszania mniejszości, w tym chrześcijan. W Nigerii chrześcijanie giną z rąk islamistów, band zbrojnych i milicji, a państwo zbyt często okazuje się bezradne albo bierne. W Indiach narasta przemoc hinduistycznych nacjonalistów wobec chrześcijan i muzułmanów. Raporty USCIRF od lat opisują pogarszającą się sytuację wolności religijnej. I co na to wielki międzyreligijny dialog?

Gdzie są potężne, konsekwentne, publiczne naciski muzułmańskich duchownych na rządy islamskie, żeby zniosły prawa o bluźnierstwie, chroniły konwertytów i przestały traktować chrześcijan jak ludzi podejrzanej kategorii? Gdzie jest masowy sprzeciw hinduistycznych autorytetów religijnych wobec nacjonalistycznych tłumów bijących pastorów i niszczących chrześcijańskie domy? Gdzie jest realna presja religijnych elit żydowskich na państwo Izrael, kiedy Palestyńczycy w Gazie są poddawani zniszczeniu, które międzynarodowe trybunały kwalifikują w kategoriach ludobójstwa lub aktów ludobójczych?

Oczywiście, istnieją muzułmanie, hinduiści i żydzi, którzy protestują. Istnieją rabini przeciwko wojnie, muzułmanie broniący chrześcijan, hinduiści sprzeciwiający się nacjonalistycznej przemocy. Trzeba to uczciwie odnotować. Ale wyjątki nie obalają reguły. Pytanie nie brzmi: czy są pojedynczy sprawiedliwi? Pytanie brzmi: czy główne instytucje religijne i ich autorytety wywierają skuteczny nacisk na własne wspólnoty, państwa i ruchy polityczne? Odpowiedź jest brutalna: nie.

Właśnie tu leży klęska kościelnej „filozofii dialogu”. Przez lata zakładano, że rozmowa sama z siebie cywilizuje. Że jeśli kardynał spotka się z imamem, rabinem, mnichem albo duchowym liderem Wschodu, to z tego spotkania popłynie pokój. Że wspólne zdjęcie jest krokiem do wspólnego sumienia. Że deklaracja o braterstwie coś waży tam, gdzie rządzi fanatyzm, plemienna lojalność albo państwowa przemoc. To była i jest motywowana ideologicznie, utopijna naiwność. To było i jest jednostronne, katolickie samo-rozbrojenie narracyjne i de facto, w swoich skutkach – zdrada prześladowanych.

Zdrada poprzez próbę „zagadania” brutalnej rzeczywistości oraz faktów w udawanym dialogu. Dialog bez rozliczalności nie jest narzędziem pokoju. Jest teatrem. Dialog bez warunków nie jest moralnym naciskiem. Jest kurtuazją. Dialog bez prawdy o tym jak świat wygląda nie jest świadectwem. Jest listkiem figowym.

Widać to m.in. w sprawie Gazy. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w styczniu 2024 r. nakazał Izraelowi środki tymczasowe w sprawie wniesionej przez RPA na podstawie Konwencji o ludobójstwie. Trybunał nie wydał jeszcze ostatecznego wyroku, ale uznał, że istnieje potrzeba ochrony praw Palestyńczyków przed czynami objętymi konwencją. Amnesty International w grudniu 2024 r. stwierdziła wprost, że Izrael popełnia ludobójstwo w Gazie. Human Rights Watch pisała o eksterminacji i aktach ludobójstwa związanych m.in. z niszczeniem warunków życia.

W Libanie sprawa jest świeża i nie ma jeszcze analogicznych kwalifikacji prawnych dotyczących ludobójstwa. Ale praktyka działań Izraela zaczyna przypominać tę znaną z Palestyny; są zniszczone miejscowości, wysiedleni cywile, zrujnowane wsie, podejrzenia zbrodni wojennych. Jest realna przemoc państwa silniejszego wobec ludności cywilnej. I znów: gdzie jest religijna tama? Gdzie jest wielki, jednoznaczny głos rabinów, w tym również tych, którzy przez lata uczestniczyli w dialogu z Kościołem? Gdzie jest cena moralna za milczenie? Nie ma, większość autorytetów religijnych judaizmu pośrednio, poprzez milczenie, lub bezpośrednio, poprzez usprawiedliwienie działań Izraela, wspiera ludobójstwo.

To jest ten sam judaizm, dla którego część współczesnych hierarchów Kościoła chce zdradzać Chrystusa, opowiadając wiernym, że jest on jakąś, równoległą do chrześcijańskiej, ścieżką zbawienia. To jest ten sam dialog, o którym najwybitniejszy polski biblista i znawca dialogu chrześcijańsko-żydowskiego, ks. prof. Waldemar Chrostowski powiedział : „Nie znam nikogo, kto dzięki Nostra aetate przeszedł z judaizmu na chrześcijaństwo, natomiast znam kilka osób, które, zaczynając w Kościele od dialogowania, przeszły na judaizm”.

Nie chodzi mi o o to, żeby Kościół zerwał wszelkie kontakty z innymi religiami. To byłoby dziecinne. Chodzi o coś poważniejszego: żeby przestał udawać, że sam dialog jest jakimkolwiek osiągnięciem. Jeżeli przedstawiciel Kościoła spotyka się z reprezentantem środowiska religijnego, które nie potępia prześladowań chrześcijan, nie broni konwertytów, nie sprzeciwia się islamskim prawom o bluźnierstwie, nie naciska na własne państwo w sprawie zbrodni wojennych, to takie spotkanie nie jest „budowaniem pokoju”. Jest dawaniem prestiżu komuś, kto nie zapłacił żadnej ceny za prawdę. Wtedy pytanie – czy katolicy zwolennicy „filozofii dialogu” pośrednio żyrują ludobójstwa – przestaje być przesadą.

W sensie formalnym oczywiście tego nie robią. Nie podpisują rozkazów, nie naciskają spustów, nie wydają ustaw prześladowczych. Przeciwnie, będą do głębi oburzeni czytając ten artykuł. Ich idee łączą się najczęściej z głębokim pacyfizmem, dogmatem nieagresji w relacjach międzyludzkich czy nawet hołdowaniem multikulturalizmowi w polityce społecznej. W sensie moralno-politycznym jednak sprawa ich odpowiedzialności jest mocno niejednoznaczna. Zbyt często zwolennicy kościelnej „filozofii dialogu” pomagają tworzyć atmosferę, w której sprawcy i ich milczący sojusznicy mogą występować jako partnerzy pokoju.

To jest najcięższy zarzut. Nie zła wola, lecz współudział przez dekorację. Nie bezpośrednie sprawstwo, lecz legitymizacja. Nie poparcie dla przemocy, lecz ucieczka w język tak ogólny, że nie rani już żadnego sprawcy. Kościół lubi dziś mówić o „braterstwie”. Ale braterstwo bez prawdy o tym kim są partnerzy owego dialogu w sensie instytucjonalnych religii jest sentymentalizmem. Pokój bez sprawiedliwości jest kapitulacją. Dialog bez obrony prześladowanych jest dyplomacją wygodną dla prześladowców. Jeżeli katolicki dialog międzyreligijny ma mieć jeszcze jakąkolwiek wiarygodność, musi zostać postawiony na nowych warunkach.

Po pierwsze: żadnych pustych deklaracji bez publicznego potępienia prześladowań chrześcijan i innych mniejszości.

Po drugie: żadnego udawania, że islamskie prawa o bluźnierstwie, apostazji i religijnej nierówności są „lokalną specyfiką kulturową”. Dla chrześcijan są narzędziami opresji.

Po trzecie: żadnego symetryzmu tam, gdzie jedna strona ma państwo, armię, więzienia i prawo, a druga ma ruiny, groby i status podejrzanej mniejszości.

Po czwarte: żadnego „dialogu dla dialogu”. Spotkanie ma sens tylko wtedy, gdy prowadzi do ochrony konkretnych ludzi.

Po piąte: Kościół powinien wrócić do elementarnej zasady: najpierw prawda o prawach chrześcijan i innych prześladowanych, dopiero potem uprzejmości.

Po sześćdziesięciu latach czas skończyć z rozliczaniem dialogu z intencji. Intencje były wzniosłe. Dokumenty były piękne. Zdjęcia były wzruszające. Ale w wielu miejscach świata chrześcijanie nadal żyją w strachu, Palestyńczycy giną pod bombami, mniejszości religijne są zastraszane, a religijni liderzy, którzy powinni krzyczeć, milczą albo mówią tak cicho, żeby nikt wpływowy się nie obraził.

To nie jest pokój, dialog czy budowanie nowego, lepszego, bardziej ludzkiego świata. To jest życie w iluzji i składanie hołdów intelektualnej fantazji opartej na głębokiej utopii. To jest wreszcie olbrzymia porażka samego Kościoła, porażka ubrana w język nieistniejącego, bo nieodwzajemnionego w rzeczywistości, braterstwa.

Autor: Robert Winnicki
Polski polityk, w latach 2009–2013 prezes Młodzieży Wszechpolskiej, jeden z twórców oraz pierwszy prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP VIII i IX kadencji.