Szesnaście lat po Smoleńsku Polska nadal stoi nad przepaścią – nie tej fizycznej, w którą runął samolot, ale tej mentalnej, w którą zepchnęliśmy własne państwo. Bo katastrofa była tragedią. To, co wydarzyło się później – było już wyborem.

Lech Kaczyński nie był politykiem wygodnym. Był uparty, bezkompromisowy i – co dziś widać wyraźniej niż wtedy – miał odwagę mówić rzeczy, których inni bali się nawet pomyśleć. Gdy ostrzegał przed rosyjskim imperializmem, wielu wzruszało ramionami. Dziś te same słowa brzmią jak gorzka diagnoza, której nikt nie chciał postawić na czas.

A jednak pamięć o nim nie została otoczona ciszą i powagą. Została wrzucona w sam środek politycznej młockarni.

Z jednej strony mamy Władimira Putina – polityka, który nie ukrywa, że siła, presja i odbudowa wpływów są fundamentem jego działania. Nie trzeba teorii, żeby zobaczyć, jak wygląda rosyjska polityka wobec słabszych państw. Wystarczy spojrzeć na fakty.

Z drugiej – polskie piekło.

Bo to nie tylko pytania o Smoleńsk są problemem. Problemem jest to, co zrobiono z tą tragedią tutaj, w Polsce. Jak szybko żałoba została zamieniona w broń. Jak natychmiast zaczęto ustawiać się po dwóch stronach barykady, jakby chodziło o kampanię wyborczą, a nie o śmierć ludzi.

Donald Tusk dla jednych stał się symbolem zaniedbania i politycznej naiwności wobec Rosji. Dla innych – wygodnym celem, na który można zrzucić wszystko, co w tej historii niewyjaśnione, bolesne i niejednoznaczne. I tak od lat tkwimy w tej samej pułapce: zamiast odpowiedzi mamy oskarżenia, zamiast faktów – przekonania, zamiast wspólnoty – plemiona.

Najbardziej brutalna prawda jest taka, że Smoleńsk nie tylko zabrał ludzi. On obnażył państwo.

Obnażył jego słabość organizacyjną. Obnażył jego bezradność instytucjonalną. Obnażył wreszcie coś znacznie gorszego – że w chwili próby Polacy nie potrafią być razem nawet przez moment.

I może dlatego ten spór nigdy się nie kończy. Bo nie dotyczy już tylko przyczyn katastrofy. Dotyczy tego, kim jesteśmy jako wspólnota.

Czy jesteśmy państwem, które potrafi dojść do prawdy – nawet jeśli jest ona niewygodna, złożona i daleka od politycznych sloganów?

Czy tylko zbiorem obozów, które wolą swoją wersję wydarzeń od rzeczywistości?

Szesnaście lat to wystarczająco długo, by wyciągnąć wnioski.

A jednak wciąż łatwiej krzyczeć niż rozumieć.

I to jest najcięższy bilans tej tragedii.