Kiedyś. Później. W przyszłości. To nie są jednostki czasu
Istnieją sekundy, minuty, godziny, dni, miesiące i lata. To są jednostki czasu. Można je zmierzyć, zapisać w kalendarzu i z nich każdego rozliczyć.
Ale istnieją też słowa, które tylko udają czas. „Kiedyś”, „później”, „w odpowiednim momencie”, „w przyszłości”. Nie da się ich zmierzyć. Nie mają początku ani końca. Są wygodnym schronieniem dla tych, którzy nie chcą składać zobowiązań.
W życiu codziennym doskonale to rozumiemy. Gdy ktoś mówi: „Przyjdę o 17.00”, wiemy, czego się spodziewać. Gdy mówi: „Przyjdę kiedyś”, wiemy tylko tyle, że równie dobrze może nie przyjść nigdy.
Dlaczego więc w polityce akceptujemy język, którego nie zaakceptowalibyśmy od sąsiada, lekarza czy wykonawcy remontu?
Politycy nie działają w nieskończoności. Otrzymują od obywateli określony czas: czteroletnią lub pięcioletnią kadencję. To właśnie ona wyznacza granice ich obietnic wyborczych. Chodźby te paliwo po 5,19 zł,darmowe akademiki, brak kolejek do lekarza i inne.Dzisisj jeżeli premier zapowiada budowę elektrowni atomowej, rakiety czy statku kosmicznego, powinien powiedzieć: kiedy rozpocznie prace, kiedy zakończy pierwszy etap i kiedy obywatele zobaczą efekt.
Słowo „kiedyś” nie jest planem. Jest marketingiem. „Później” nie jest strategią. Jest ucieczką od odpowiedzialności.
Czas jest najbardziej sprawiedliwym sędzią. Nie pyta o intencje ani o piękne przemówienia. Pyta tylko o jedno: co zostało zrobione do końca kadencji? Okazuje się, że NIC.
Dlatego warto przestać wierzyć w obietnice bez dat. Tam, gdzie nie ma terminu, najczęściej nie ma również zamiaru realizacji. A demokracja nie rozlicza marzeń i zwykłych kłamstw. Demokracja rozlicza wykonanie wyborczych planów i obietnic.

Zostaw komentarz