Warszawska Wiertnicza widziała już wiele. Były łzy po spadających słupkach, były triumfalne wejścia nowych prezesów, były narady, podczas których padało sakramentalne: „musimy być bardziej nowocześni”. Ale czegoś takiego jeszcze nie było. Oto nad TVN-em zawisła wizja tak spektakularna, że nawet scenarzyści tureckich seriali powiedzieliby: „panowie, trochę realizmu”.
Plotki o możliwym objęciu kierownictwa stacji przez Patrycję Kotecką-Ziobro rozgrzały media do czerwoności. Jedni łapią się za głowę, inni za telefon do znajomych w newsroomie, a jeszcze inni sprawdzają, czy w sklepiku TVN można już kupić kubki z napisem „Wolne media, ale z lekką korektą kursu”.
I trzeba przyznać: byłby to zwrot akcji godny Netflixa. Przez lata TVN przedstawiany był jako ostatnia reduta liberalnego imaginarium, miejsce, gdzie pasek grozy wobec prawicy potrafił osiągać temperaturę rozgrzanego reaktora. A tu nagle – proszę bardzo – historia zatacza koło i do budynku wjeżdża symbol obozu, który przez lata był przez tę samą stację przedstawiany niemal jak meteor zmierzający ku Ziemi.
Wyobraźmy sobie tę nową ramówkę. „Fakty” zaczynają się od materiału o sukcesach państwa, po którym następuje kulturalny segment pod tytułem „Czy jednak CPK miał sens?”. W „Kropce nad i” prowadzący zamiast dramatycznego unoszenia brwi ćwiczy pojednawczy uśmiech, a reporterzy odkrywają nagle istnienie Polski powiatowej nie tylko wtedy, gdy trzeba pokazać śnieżycę albo kolejkę do weterynarza.
Najbardziej fascynujące byłoby jednak środowiskowe przebudzenie. Ci sami komentatorzy, którzy przez lata tłumaczyli, że „kapitał nie ma narodowości”, nagle odkryliby, że jednak ma – i to bardzo konkretną. Telewizyjni moraliści zaczęliby wygłaszać płomienne tyrady o pluralizmie, niezależności i standardach, których wcześniej jakoś nie zauważali, gdy zmiany polityczne szły w „słusznym kierunku”.
Oczywiście wszystko to pozostaje w sferze medialnych spekulacji. Ale sama panika pokazuje coś znacznie ciekawszego niż personalne plotki. Pokazuje, jak bardzo część elit przyzwyczaiła się do przekonania, że pewne instytucje są „ich” z definicji. Że jedni mogą mieć wpływ na media w imię demokracji, a inni już tylko w imię zamachu stanu.
Dlatego emocje są tak ogromne. Nie chodzi przecież wyłącznie o stanowiska czy właścicielskie układanki wokół Paramount Skydance. Chodzi o symbol. O świadomość, że monopol na narrację może się skończyć. A dla wielu ludzi w warszawskiej bańce to perspektywa bardziej przerażająca niż prognoza pogody w listopadzie.
Czy do tej „dobrej zmiany na Wiertniczej” rzeczywiście dojdzie? Tego nie wiadomo. Ale już sam strach przed nią jest jednym z najzabawniejszych medialnych spektakli ostatnich lat. Bo nagle okazało się, że ci, którzy przez lata pouczali wszystkich o tolerancji i różnorodności, panicznie boją się… różnorodności poglądów we własnym studiu.
Zostaw komentarz