W polskiej tradycji przydomki nie brały się znikąd. Nie były efektem marketingowego brainstormu ani hasłem testowanym w focusowni. Były podsumowaniem. Destylacją czynów. Dlaczego Kazimierz został Wielkim? – nie dlatego, że ktoś tak uznał w nagłówku, tylko dlatego, że państwo po nim było większe niż przed nim.

Wyborcy KO mówią o Tusku „Wielki”. Mówią to głośno, nachalnie i z taką determinacją, jakby sama intonacja miała zastąpić fakty. W końcu jeśli coś powtarza się wystarczająco długo, to może zacznie brzmieć jak prawda. Albo przynajmniej jak slogan.

W polskiej historii „Wielki” był tylko jeden. Kazimierz Wielki nie potrzebował marketingu, bo jego dokonania nie mieściły się w paskach informacyjnych. Budował państwo, a nie jego wizerunek. Zostawił po sobie kamień, prawo i granice. Coś, co istniało nawet wtedy, gdy nikt o nim nie mówił.

Dziś mamy epokę odwrotną. Najpierw przydomek, potem ewentualnie próba dopasowania do niego rzeczywistości. I tak oto funkcjonuje w przestrzeni publicznej jako „Wielki”, choć jego wielkość przypomina raczej dekorację teatralną niż fundament.

Bo to nie jest władca od decyzji. To jest władca od narracji.

Nie rządzi – komunikuje.

Nie buduje – ogłasza.

Nie zmienia – zapowiada, że zmienia.

Gdyby średniowieczny król działał w ten sposób, zamiast zamków mielibyśmy konferencje o planach budowy zamków, zamiast prawa – konsultacje społeczne nad projektem prawa, a zamiast granic – „roboczą wizję ich przyszłego kształtu”.

„Donald Kłamliwy” – przydomek może brutalny, ale przynajmniej uczciwy w swojej prostocie. Bo tu nie chodzi o jedno kłamstwo. Chodzi o styl. O politykę, w której prawda jest elastyczna jak briefing prasowy, a fakty są tylko materiałem do obróbki.

Obiecać można wszystko – byle odpowiednio opowiedzieć.

Wycofać się można z wszystkiego – byle odpowiednio wyjaśnić.

A jeśli rzeczywistość nie pasuje do narracji, tym gorzej dla rzeczywistości.

Kazimierz budował, żeby przetrwało.

Donald opowiada, żeby przetrwać.

I to jest zasadnicza różnica.

Bo jeden zostawił po sobie coś, co można było dotknąć.

Drugi zostawia coś, co można co najwyżej odtworzyć z nagrań.

Najciekawsze jest jednak to, że w tej historii nie chodzi nawet o samego Tuska. Chodzi o epokę, która go stworzyła i która go potrzebuje. Epokę, w której ważniejsze od tego, co jest, jest to, jak się o tym mówi. W której polityk nie musi być skuteczny – wystarczy, że jest przekonujący.

Dlatego „Donald Kłamliwy” nie jest aberracją.

On jest produktem doskonałym swoich czasów.

Królem, którego berłem jest przekaz dnia,

a koroną – sondaż.

I jak każdy władca takiej epoki, nie boi się tego, że coś się zawali.

Bo wie, że zanim ktoś zdąży to zauważyć, zdąży już opowiedzieć nową historię.