Z kronikarskiego obowiązku, w ostatnim tygodniu średnia dobowa liczba nowych zdiagnozowanych przypadków wzrosła z 2937 do 5895, czyli o niemal dokładnie 100%. Analogicznie liczona liczba zgonów wzrosła z 50 do 75, czyli o dokładnie 50%. Liczba zajętych łóżek wzrosła z 4725 do 6980, a respiratorów – z 346 do 540. Liczba osób na kwarantannie to już ponad 310 tys., a aktywnych przypadków – 66 395 (podwojenie zajęło 8 dni).

Jeśli taki trend by się utrzymał, w przyszły piątek 23 października mielibyśmy średnią dobową na poziomie 12 tys. przypadków (czyli w sam piątek ok. 15 tys.) i ponad 150 zgonów (w sam piątek ok. 200; nie mnożę 75 przez 150%, bo w następnym tygodniu będą umierać pacjenci zdiagnozowani w pod koniec pierwszej dekady października, kiedy tempo przyrostu aktywnych przypadków wyraźnie skoczyło). Jeśli z 30 tys. nowych aktywnych przypadków przybyło nam jakieś 3000 hospitalizowanych (przy założeniu ubytku jakichś 800 osób, które w tym czasie zmarły lub wyzdrowiały), co potwierdzałoby wiosenną hipotezę o 10% pacjentów zdiagnozowanych wymagających hospitalizacji, za tydzień liczba zajętych łóżek powinna wynieść jakieś 10-11 tys. Analogicznie liczba zajętych respiratorów powinna wzrosnąć do ok. 850.

Tyle tylko, że to już maksimum oficjalnego potencjału, przy równomiernej „dystrybucji chorych”. Wiemy jednak, że ta dystrybucja równomierna nie jest, a dodatkowo ten oficjalny potencjał (wg doniesień z Ministerstwa Zdrowia mowa o 10 tys. łóżek i 850 respiratorach) niekoniecznie zgadza się z rzeczywistością. W rezultacie są już miejsca w Polsce, gdzie łóżek i respiratorów zwyczajnie nie ma, nie wspominając o personelu, który się „wykwarantannował” (nie piszę tego złośliwie – wystarczy, że ojciec kolegi syna ze szkoły złapał COVID).

Oczywiście to są prognozy liczone na kolanie, a nie w super wysublimowanym modelu. Przed tygodniem prognozowałem na 20 października 500 zgonów dziennie, obawiając się, że po 15 października zaczniemy obserwować efekty zapaści służby zdrowia (bez tej zapaści prognoza mówiła o 200 zgonach). Widać, że jeszcze jakoś ciągniemy, że jakoś udało się podpiąć więcej niż 400 respiratorów, które stanowiły podstawową rezerwę. Można odnieść wrażenie, że każdego dnia minimalnie przesuwamy tę granicę w górę. Problem w tym, że codziennie liczba nowych chorych rośnie w takim tempie, że ta ucieczka może potrwać jeszcze kilkadziesiąt godzin. Z pewnością nie będzie tak, że powiedzmy we wtorek o 13:00 wyjdzie minister zdrowia i powie, że epidemia przekroczyła możliwości służby zdrowia. Te zapaści będą lokalne i będą przybierały różne formy i różną skalę. To będzie bardziej proces. Albo dokładniej – to jest bardziej proces, bo jeśli wierzyć relacjom lekarzy z ostatnich dni jesteśmy w jego trakcie.

No dobrze. W zeszłym tygodniu bardzo straszyłem, bo wydawało mi się, że w przestrzeni publicznej nie ma świadomości grozy sytuacji. Dziś już nie muszę – media dostrzegły problem, co przełożyło się na zachowania społeczne. Kiedy 4 października byłem na Mszy, większość wiernych miała maseczki opuszczone pod nosem. Tydzień później, 11 października, dostrzegłem pojedyncze przypadki na ok. 200 wiernych (to był duży kościół). Efekt mandatu nie mógł działać, bo nikt rozsądnie myślący nie bałby się kontroli Policji w kościele. Zatem pojawił się strach, a unikanie ryzyka (a dokładniej strach przed stratą), jak uczy ekonomia behawioralna, stanowi najsilniejszy motyw naszych zachowań. Wiem, że to dowód anegdotyczny, ale podobne wnioski płyną z badania przeprowadzonego dziś przez dziennikarzy Gazety Wyborczej w Warszawie i Krakowie (link w komentarzu – dzięki Adrian Burda).

Jeśli wierzyć wynikom badań, które prowadzimy z kolegami na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie, kluczowym czynnikiem wpływającym na zachowania społeczne (zwłaszcza w Polsce) nie są wcale restrykcje wprowadzane przez rząd, ale rosnąca liczba przypadków. Upraszczając, wystarczyło powiedzieć Polakom, że epidemia przyśpieszyła, a wrócili do maseczek i dystansowania. Analogicznie – w wakacje mimo nawoływań rządu i ekspertów Polacy olewali maseczki, bo nie widzieli wzrostu zachorowań. Taka chłopska, „zdroworozsądkowa” mentalność, co swoją drogą mogłoby być przyczynkiem do bardzo ciekawych rozważań na inną okazję. Zostawiając jednak ten wątek, zmiana modelu zachowań społecznych w pierwszej połowie drugiej dekady października powinna się przełożyć na spadek tempa rozwoju epidemii po ok. 10-12 dniach. Czyli po 25 października, co jest jakimś powodem do małej, ale jednak nadziei.

Problemem mogą pozostać te nieszczęsne szkoły. Rząd niemiłosiernie ociągał się z zamknięciem liceów, a na dodatek nie zamknął szkół podstawowych. Rozumiem klasy nauczania początkowego – tu jest problem, bo wraz z zamknięciem tych klas pojawia się nam spory problem na rynku pracy. Ale już klasy 4-8? To ok. 2 mln uczniów, czyli bardzo duża grupa mogąca przenosić wirusa ze względu na umiarkowaną możliwość przestrzegania przez nich restrykcji. Dodatkowo, posłanie dzieci powyżej 10 roku życia do domów umożliwiłoby podzielenie młodszych klas na mniejsze grupy, które zasadniczo nie musiałyby się ze sobą kontaktować. Takie kilkugodzinne zajęcia świetlicowe. Rozumiem wszystkie ograniczenia i wady takiego rozwiązania, ale to moim zdaniem rozsądny trade-off. Nie ma co udawać – w takim tempie „wykwarantannowywania” się nauczycieli i uczniów za kilka dni szkoły i tak będą sparaliżowane, a na dodatek „wyłączymy” sobie z rynku pracy kilkaset tysięcy (jeśli nie więcej) pracowników. Im później, tym gorzej.

Nie udawajmy, że w szkołach obecnie toczy się normalny proces dydaktyczny – placówki działają w trybie „emergency”, a dyrektorzy są zajęci zarządzaniem nieformalną kwarantanną (bo sanepidy tego już chyba nie ogarniają). Widać wyraźnie paraliż decyzyjny w MEN – sam fakt, że premier zapowiedział na sobotę 10 października decyzję w sprawie szkół, po czym tego 10 października kompletnie ominął ten temat, jest dla mnie potwierdzeniem tej tezy.

Zresztą nie chcę się wyzłośliwiać na rząd, bo to nie czas i miejsce, choć pewnie za jakiś czas trzeba będzie postawić publicznie pytanie, kto ponosi odpowiedzialność za dopuszczenie do sytuacji, w której mamy najwyższy wskaźnik wskaźnika reprodukcji (słynne R) w Europie. I dlaczego przespaliśmy kilka miesięcy, które kupiliśmy sobie wiosną za ponad 100 mld PLN. Na razie dobrze, że wczoraj premier wraz z ministrem zdrowia wreszcie podjęli adekwatne do sytuacji decyzje (no może poza wspomnianymi szkołami). W przeciwieństwie do ubiegłotygodniowych maseczek na świeżym powietrzu i godzin dla seniora wydają się one sensowne – nie ma mowy o powrocie 1:1 do wiosennych obostrzeń, musimy szukać „nowej normalności” (także w takiej sytuacji, jak teraz).

Oczekując na pierwsze efekty „strachu” i zamknięcie podstawówek (jak po 25 października nie zacznie wyraźnie spadać, to chyba nie będą mieć wyjścia), rząd musi się zająć „cudownym” przesuwaniem granic dla służby zdrowia na trzecią dekadę października. Ale tu nie mam żadnych recept i zdaje się na Stanisław Górski Górski, który od kilku dni niezmordowanie walczy na SOR i jednocześnie pisze artykuły do wszystkich możliwych mediów (linki w komentarzach).

Przepraszam, że nie wrzucam bardziej ambitnych linków, jak starałem się to czynić wiosną. „Przegrywam” z życiem zawodowym i rodzinnym. W komentarzu pozwolę sobie jedynie przypomnieć wczorajszy tekst z Lanceta, jakby ktoś przegapił. Wydaje mi się, że bardzo dobrze falsyfikują założenia modelu Krzysztofa Szczawińskiego, który w ostatnich dniach stał się dość modny.

Oczywiście nadal pozostaje pytanie, czy koszt społeczny i gospodarczy, jaki ponosimy, aby powstrzymać rozwój epidemii, jest tego warty. Moim zdaniem jest i postaram się do tego powrócić za tydzień. Tymczasem w komentarzu wrzucam jeszcze jeden link, który tłumaczy, dlaczego jest tego warty – świetny materiał Tomasz Rozek.

Do usłyszenia za tydzień. Oby granica wydolności polskiej służby zdrowia okazała się gumowa, a nie betonowa.

Autor: dr Marcin Kędzierski
Główny ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Stały autor portalu opinii Klubu Jagiellońskiego oraz stały współpracownik czasopisma idei „Pressje”. Adiunkt w Katedrze Studiów Europejskich Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Były prezes Klubu Jagielońskiego oraz dyrektor Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Prywatnie mąż i ojciec czwórki dzieci, radny sołecki i działacz wiejski.