Są takie miejsca na świecie, w których czas się zatrzymał wiele wieków temu choć są tuż obok całego zgiełku nowoczesności. Jednym z nich jest muzułmańska wioska położona na skraju nowoczesnej delhijskiej dzielnicy zaprojektowanej przez Lutyensa w szczytowym okresie Brytyjskiego Radżu. Nazywa się Nizamuddin.
Jak trafić?
By tam trafić musiałem co chwilę pytać przechodniów o drogę bo wioska jest pogrążona w prawie całkowitych ciemnościach rozświetlanych tylko ognikami żarzącego się węgla drzewnego na grillach oraz malutkimi lampkami rozsiewającymi żółtą poświatę.
Stanowi labirynt średniowiecznych świątyń, meczetów, mauzoleów i zakonów derwiszy skupionych wokół grobowca szajcha Nizamuddina Aulija , żyjącego w czasach cesarza Tughlaka. Najznamienitszego z indyjskich sufich.
Nauka szajcha
Szajch porzucił sprawy doczesne i nauczał prostych prawd o wyrzeczeniu i sile modlitwy. Obiecywał swym uczniom, że doświadczą bezpośrednio Boga jeśli rozluźnią więzi łączące duszę z ciałem za sprawą muzyki i poezji zdolnych wprowadzić adeptów w stan duchowej ekstazy. Dewiza jego nauczania była prosta – „czego nie chcesz by uczyniono tobie, nie czyń innym, sobie zaś życz tego, czego życzysz innym”.
Czwartkowe koncerty quawwali (świętych hymnów o miłości)
Po śmierci został pochowany w grobowcu, który w każdy czwartej jest miejscem pielgrzymek wyznawców jego nauk, ale też sikhów i hinduistów. Według tradycji jest to także czas, w którym tańczą derwisze – owładnięci muzyką pogrążają się w transie, wspinają na palce i wirują wokół własnej osi.
Długo krążyłem po labiryncie wąskich uliczek, obok kruszących się nagrobków, obskurnych bud, stoisk z panem, walących się meczetów, aż wszedłem na główny dziedziniec. Rozejrzałem się wokół. Byłem w średniowieczu.
Dołączyłem do kolejki pielgrzymów i czekałem na wejście do grobowca.
Jego wnętrze było strasznie ciasne jak Grób Pański w Jerozolimie, w Bazylice Grobu. Pośrodku znajdowało się marmurowe posłanie owinięte aksamitnym baldachimem. Pielgrzymi, tylko mężczyźni, chodzili wokoło szepcząc modlitwy, z dłońmi złożonymi w błagalnej modlitwie. Nagle usłyszałem dudnienie bębnów. Zaczynał się koncert.
Koncert
Pieśniarze, siedzący po turecku przed grobowcem, rozpoczęli pieśń od pozdrowienia szejcha. – „Salaam, Salaam Kwadżanizamuddin”.
Dwóch grało na fisharmoniach, dwóch na tablach (bębenek), a pozostali klaskali tylko w dłonie, akcentują rytm pieśni. Śpiewali coraz szybciej i szybciej. Ci bez instrumentów, po każdej zwrotce unosili dłonie ku górze. Tłum wokół, wraz ze mną, kołysał się, podrygiwał. Niektórzy powtarzali ostatni wers każdej zwrotki- „Nizam-ud-din, Nizam-ud-din”. Qawwale widząc, że ich muzyka porywa uczestników przyspieszali tempa. Ich głosy rozbrzmiewały namiętnością.
Aż nagle, bez zapowiedzi, pieśń się skończyła. Tłum jakby zastygł w niedowierzaniu, że to już koniec. Ale w powietrzu nadal wirowały słowa o miłości Boga.
Autor: Antoni Styrczula
Opinii publicznej kojarzę się jako rzecznik prasowy Prezydenta RP, a także dziennikarz radiowo-telewizyjny i prasowy. Od wielu lat zajmuję się szkoleniami i doradztwem w zakresie public relations i marketingu politycznego. Jestem ekspertem w kreowaniu wizerunku firmy w e-przestrzeni i social mediach oraz zarządzaniu informacją w sytuacjach kryzysowych. W wolnych chwilach podróżuję. Przede wszystkim do Azji. Więcej tekstów autora przeczytacie na blogas24.pl
Zostaw komentarz