Dzieciństwa to ja zasadniczo nie miałem. Urodziłem się już jako dorosły, tylko inni uważali mnie za dziecko. Do szkoły podstawowej miałem pod górkę, a jak z niej wracałem to kula ziemska tak się przechylała, że do domu też miałem pod górkę. A jak kiedyś udało mi się na sankach z kuzynem zjechać z górki w Bielsku-Białej, to wpieprzyliśmy się w słup telegraficzny tak, że sanki rozpadły się w drobny mak. Miałem chyba wtedy wstrząs mózgu, a starszy ode mnie kuzyn starał się ukryć ten fakt przed Babcią i dał mi pięć marek niemieckich, żebym trzymał język za zębami. Był to wówczas mój pierwszy kontakt z obcą walutą, z której można było zrobić użytek w Pewexie usytuowanym przy Rynku w Cieszynie i nabyć kilka zgrzewek gumy do żucia DONALD.

Gdy szedłem o poranku do szkoły to wiedziałem, że ten dzień będzie zmarnowany. W klasie nie miałem kolegów ani koleżanek. Nikt nie chciał się kumplować z gościem, który myślami był zawsze gdzie indziej. Sporo czytałem wówczas Karola Maya – opowieści o dzikim Zachodzie. Byłem w nich zanurzony po uszy. Pochłaniałem kolejne tomy. Pan z Pracy Techniki powiedział, że jestem manualnie niezdolny do czynności technicznych. Miał rację, bo jak kazał zbić z desek karmik dla ptaków, to zbudowałem klatkę z zapadnią.

Pewną odskocznią od siermiężnego życia szkolnego, w budynku byłych koszar austriackich, były katechezy w budynku przyparafialnym. Tam poznałem lepiej Piotra, który był umysłem matematycznym i spisywał w specjalnym notesie numery rejestracyjne wszystkich napotkanych w mieście samochodów, z oznaczeniem dnia i godziny i na tej podstawie budował modele matematyczne. Dziś jest wybitnym informatykiem. Kosi grubą kasę. Piotrek, który pochodził ze wsi spod Cieszyna nauczył mnie niewstrzymywania się z oddaniem moczu. I tym sposobem obsikaliśmy wszystkie znaczące budynki w ścisłym centrum miasta.

Pod górę szedłem o 7:45 do szkoły, której szczerze nienawidziłem. Szedłem jak skazaniec, jak więzień sowieckiego łagru. W szatni ubierałem mundurek z tarczą szkoły i stawałem się nołnejmem do czasu, jak wychowawczyni, która mnie bynajmniej nie próbowała nawet wychować, krzyczała z końca korytarza, żeby Zenderowski stawił się u niej na rozmowie. Zasadniczo był to monolog. Ona mówiła coś o zasadach, o tym, ze nie pasuję do grupy, no i że w jej opinii jestem debilem. Tylko to trzeba klepnąć przez specjalistę, a wówczas drzwi do szkoły specjalnej (obecnie zakazanej z uwagi na ratyfikowane konwencje praw człowieka) stawały otworem.

Zapytałem wówczas, dlaczego mi to robi, co z tego ma, po co jej to.

Nie odpowiedziała. Ale czułem podskórnie, że jestem niechciany w grupie jej wychowanków.

Oddaliłem się zatem do innej szkoły, ale to już opowieść na kolejny odcinek.