O tym, co poruszyłem w poprzednim artykule w ramach debaty o edukacji włączającej, ale tym razem coś nie związanego z oświatą jako taką, lecz przykład pozaszkolny pokazujący, dlaczego wolontariat młodzieżowy często nie zdaje egzaminu. Opisywane wydarzenie miało też jak najbardziej pozytywne aspekty ogólnej natury, a chodzi o obóz konno-wspinaczkowy w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej w Podlesicach w 2004, którego organizatorem była prężna od lat w swojej dziedzinie działająca w Toruniu fundacja Ducha. Owa fundacja zajmuje się rehabilitacją, w tym organizacją wypoczynku właśnie w formie tych obozów konno-wspinaczkowych w skałkach i kajakowych na Suwalszczyźnie, przede wszystkim dla niepełnosprawnych ruchowo.
Na początek dlaczego w ogóle z nimi pojechałem jak to przyszło. Po prostu chciałem pojechać na samodzielny wypoczynek preferując bardziej góry i akurat padło na Jurę, więc precyzując wyżynę i również dlatego ta fundacja, bo założenie było, że nie koniecznie w środowisku osób z moją niepełnosprawnością, zresztą w odniesieniu do tego środowiska nawet nie było wtedy żadnej oferty w zasięgu ręki, gdzie dałoby się wszystko zweryfikować, choć akurat w omawianej koncepcji też nie wszystko zweryfikowaliśmy.
Dodatkowo nasze stowarzyszenie współpracowało z fundacją Ducha na pewnych polach, głównie w zakresie transportu, bo oni mieli autokar i jeździliśmy z ich kierowcą na krótsze wyjazdy gwiazdkowe i niekiedy dzień dziecka, jak też jeszcze wcześniej w pewnym odstępie czasu raz byliśmy u nich na koniach, lecz konkretnie ja nie miałem tam wcześniej głębszych kontaktów.
W ogólnym wymiarze to był fajny wyjazd, bo wspinaczka jest czymś fajnym i było to dla mnie coś pozytywnego w odkrywaniu świata, jak też jazda konna jest czymś przyjemnym. Dodatkowo również pływaliśmy dwukrotnie w pewnych miejscach jedno, które pamiętam, to zalew w Morsku, drugiego nie pamiętam, jak się nazywało, ale były tam zarówno skałki i letnie baseny.
Nie da się jednak pominąć w tych rozważaniach i nie dało się wtedy pomijać, że istniała u mnie wówczas określona sytuacja społeczna, co nie pozwoliło nawiązać głębszych pozytywnych relacji w tym środowisku. Było tak z uwagi na braki i niedokładności istniejące tak u mnie, jak i u nich, w tym u dorosłych.
Aby opisać te słabe punkty po obu stronach wcześniej trzeba przybliżyć istniejący tam model organizacyjny.
Wielu, których wtedy znałem i wiedzieli o tym przedsięwzięciu pytało mnie zresztą o te sprawy. To nie były kolonie w klasycznym rozumieniu, więc nie było tam kadry w sensie pedagogicznym. Jak ktoś nie jechał z rodzicami lub jednym z rodziców miał opiekuna czy to znalezionego przez siebie lub przydzielonego przez fundację, jak było to u mnie.
Kim zatem byli ci opiekunowie niepełnosprawnych uczestników nie ważne, czy wyłonieni jedną lub drugą drogą i jaki był rozkład w zakresie pochodzenia.
W sumie większość zabrała tam kogoś swojego i tak w jednym przypadku była to inna rodzina, czyli dwóch braci z Kołobrzegu, między którymi była niewielka różnica wieku.
Jeśli nie jakakolwiek rodzina, to uczestnicy brali kogoś ze swojego środowiska lokalnego, kogo znali. Były 2 przypadki, że opiekunami pewnych niepełnosprawnych dziewczyn jednej z Gdyni, drugiej chyba ze Śląska były panie od nas związane z fundacją na co dzień były to jakieś pielęgniarki. Było też kilka osób z którymś z rodziców lub całe rodziny. 3 osoby były na tyle sprawne, że były same jedynie jednego z nich przywiózł i odebrał ojciec on był z przeciwnej strony kraju, bo z Podkarpacia, więc nie jechał z Torunia.
Właśnie część osób docierała na miejsce we własnym zakresie. To nie było przedsięwzięcie wyłącznie dla dzieci i młodzieży szkolnej nie było tam granicy wiekowej.
Kim zaś byli uczestnicy, gdy chodzi o niepełnosprawności?
Jako, że organizacja ta specjalizuje się w rehabilitacji osób z niepełnosprawnością ruchową, to tacy stanowili większość.
Z kolei wśród nich był jeden chłopak z niepełnosprawnością sprzężoną z porażeniem mózgowym był na wózku i jednocześnie niedowidzący. Był on ze swoją starszą o 10, czy 11 lat znajomą byłem z nimi bliżej oni byli z Poznania.
Z innych niepełnosprawności oprócz mnie była taka dziewczyna głęboko autystyczna właśnie ta z Gdyni i niesłyszący chłopak od nas.
Fundacja Ducha jest znana ze swojej działalności w całym kraju, stąd właśnie byli tam obecni ludzie nawet z dwóch krańców Polski od Bałtyku, czyli z Kołobrzegu i Trójmiasta znajomy z Gdańska wtedy przed trzydziestką był właśnie sam, a ten drugi z przeciwnego krańca pochodził z Jasła. To był paradoks, że owszem byłem z organizacją z Torunia, ale był tam właśnie taki przekrój z całego kraju w sumie ode mnie było mało osób z mojej grupy wiekowej.
Niektórzy pełnosprawni byli w Podlesicach kilka tygodni wcześniej, gdyż równolegle odbywali kurs alpinistyczny i wielu alpinistów z różnych stron kraju też z nami imprezowało po całym dniu wspinaczki.
Wszyscy mieszkaliśmy w domkach ja mieszkałem z pięcioma osobami. W tym miejscu przejdę do ludzi z mojego terenu i czego nam wspólnie zabrakło.
Moim opiekunem wyznaczonym przez fundację został mój rówieśnik mający oprócz mnie kolegę z Warszawy też naszego rówieśnika i to był jednak pierwszy słaby punkt w odniesieniu do mnie. W tamtym czasie i tamtej mojej sytuacji powinienem mieć jednak kogoś starszego od siebie nie ważne, czy znalezionego w jakikolwiek możliwy wtedy sposób przeze mnie tak naprawdę bardziej przez mamę, czy też wytypowanego wśród ludzi fundacji, bo to byłoby lepsze dla wszystkich stron.
Razem z nami mieszkał student geografii tydzień wcześniej jednak musiał wrócić do Torunia, bo miał poprawkę we wrześniu, a także do samego końca jego dziewczyna też od nas, ale opiekująca się mocno niepełnosprawną dziewczyną też ze stolicy.
Kolejnym przejawem tego paradoksu było to, że choć ja i ten mój rówieśnik mieszkaliśmy blisko siebie, bo ulicę dalej, to jednak nigdy nie poznaliśmy się przed tym wyjazdem nasze mamy także nie i praktycznie nie miałem możliwości, by bardziej poznać się z miejscowymi ludźmi fundacji, byśmy też wspólnie mogli się zweryfikować. Owszem wcześniej byłem 2 razy w siedzibie fundacji raz na takim festynie, ale z nikim tam nie rozmawiałem, a potem na jakieś 2 tygodnie przed wyjazdem w biurze, ale wówczas zamieniłem parę słów z panią dyrektor czy wtedy wicedyrektor, ówczesną księgową i taką panią, co miała pod opieką pewnego chłopaka młodszego ode mnie, natomiast o moim rówieśniku nic nie wiedziałem on o mnie też, czyli tak naprawdę jechałem tam w ciemno.
To nie jest tak, że ów mój rówieśnik był zły to w ogóle nie o to chodzi był fajny w wymiarze ogólnym inni też, ale był za młody, by ogarnąć to wszystko.
Dlaczego słabe punkty dotyczyły także osób dorosłych?
Trzeba zacząć od tego, że ja jechałem tam nie tylko dla turystyki, rekreacji po prostu wypoczynku, ale także w celu poprawy swojej ówczesnej sytuacji w jak największym stopniu. Jest to uwaga ogólnej natury, ale to wszystko właśnie mi przyświecało. Od początku były pewne przejawy tego, że nie byłem tam do końca zrozumiany. Tak np. niektórzy, szczególnie jedna osoba wzięła mnie za odludka, choć nim nie byłem i właśnie jak najbardziej nawiązywałem relacje z innymi.
Nie mam porównania z tymi spływami kajakowymi, bo na nich nigdy nie byłem i nie wiem, jak tam było z integracją między ludźmi, ale w moim odbiorze na omawianym wyjeździe ten element funkcjonował całkiem dobrze.
Dopuszczam pierwszą opcję, że mogłem nie być dostatecznie zrozumiany, gdyż nie mówiłem wprost o tym, co było wtedy dla mnie ważne. Inaczej mówiąc oczekiwałem zrozumienia, ale niedostatecznie im w tym pomogłem. Ta uwaga pasuje także do okresu po obozie, kiedy jeszcze przez krótki czas utrzymywałem kontakt z fundacją i chodziłem na takie spotkania w ich siedzibie, jakie wtedy organizowali.
Generalnie były okazje, by te niedokładności naprawić w połowie z mojej strony, a to z kolei może pomogłoby dorosłym, ale w istocie nie byłem w stanie dostrzec tych okazji. Wreszcie dopuszczam także to, że nic bym nie zdziałał, bo dorosłych mogło przerosnąć to wszystko, choćby ze względu na profil tej organizacji.
Odnosząc się jeszcze do osób z innych części Polski, konkretnie do mojego pokolenia, to w ostatnim dniu przegadaliśmy prawie całą noc z kolegą ze Swarzędza on był 2 lata młodszy ode mnie, a z kolegą z Warszawy utrzymywałem kontakt jeszcze przez 2 lata.
Jakie wnioski nasuwają mi się współcześnie jak pomagać tym, którzy obecnie mogą być w mniej lub bardziej podobnej sytuacji?
Z zainteresowaniem zapoznałem się z działalnością fundacji Kobiety Wolności i Niepodległości, gdyż zajmują się oni pomocą matkom z dziećmi niepełnosprawnymi w zakresie opieki wytchnieniowej. Tę aktywność warto jednak rozciągnąć nadać jej szerszy wymiar, bo jak mówię wolontariat osób dorosłych jest wskazany u nastoletniej młodzieży, choćby z moją niepełnosprawnością, nie tylko w wypadku nauczania indywidualnego, ale w ogóle.
Co więcej po naszej stronie powinno być więcej tego typu inicjatyw, zarówno w formie zespołowej, jak i wśród osób pojedynczych.
Zostaw komentarz