Podczas wizyty w Mongolii, papież nie omieszkał ponownie wykazać się specyficznym zrozumieniem historii.

„Dałby Bóg, żeby na ziemi spustoszonej przez nazbyt wiele konfliktów, odtworzyły się, z poszanowaniem ustawodawstwa międzynarodowego, warunki tego, co kiedyś było `pax mongolica`, to jest brakiem konfliktów. Niech przeminą mroczne chmury wojny, niech zostaną zmiecione przez zdecydowaną wolę powszechnego braterstwa, w którym napięcia są rozwiązywane na podstawie spotkania i dialogu, a wszystkim są gwarantowane prawa podstawowe!”

To szczególnie osobliwe wezwanie, biorąc pod uwagę historię podbojów Czyngiz Chana, Tamerlana, Babura i innych chanów dynastii mongolskiej.

Wspomniany przez Franciszka ład polityczny, znany jako „pax mongolica” sprowadzał się do absolutnie bezwzględnego wymuszenia przez wojska mongolskie całkowitego posłuszeństwa woli chana, pod groźbą całkowitej eksterminacji nie dość posłusznych plemion i narodów.

Dość powiedzieć, że chociaż kodeks mongolski (tzw. jassa) teoretycznie był nader tolerancyjny wobec różnych religii, to w praktyce np. zakazywał Żydom i Muzułmanom uboju zwierząt zgodnego z ich religią pod groźbą śmierci. Jedyny dopuszczalnym w imperium mongolskim sposobem ubijania zwierząt było ich wybebeszenie żywcem i spowodowanie śmierci przez zaciśnięcie serca gołymi rękami…

Okrucieństwa armii mongolskich przekraczają ludzkie pojęcie i są dość powszechnie znane – nie ma powodu ich tu specjalnie przywoływać, niemniej – miłujący pokój namiestnik Kościoła znalazł w nich inspirację. Właściwie równie dobrze mógłby wychwalać dokonania barona Ungerna – nomen-omen ostatniego Wielkiego Chana Mongolii, znanego z podobnego, co Czyngis Chan okrucieństwa, lecz zapewne na przeszkodzie stanęło to, że Krwawy Baron walczył z bolszewikami i przyjął buddyzm…

Cóż więcej powiedzieć?
Osobiście zaczynam powątpiewać, że Kościół katolicki przetrwa w obecnym kształcie pontyfikat pana Bergoglio. Schizma nabrzmiewa i tylko czekać aż Kościół wewnętrznie pęknie.