Odkąd pamiętam zawsze lubiłem dobre opowieści. Pana Belki z parteru, w domu przy Kościuszki, babci Marysi. Kształtowały moją i tak już bujną wyobraźnię. Może dlatego, jako gzub, uwierzyłem starszemu koledze z tego samego piętra, że w kotlinie Łobżonki można znaleźć diamenty.

Dziś ta opowieść wydaje mi się tak absurdalna, że trudno mi uwierzyć, że tak łatwo dałem się nabrać. Ale jak już napisałem, uwielbiałem i uwielbiam dobre opowieści.
Może dlatego lubiłem wystawać długo przed „hakawati”, marokańskimi opowiadaczami na placu Dżemaa el – Fna, w Marrakeszu. Choć nie znam arabskiego moją uwagę przyciągały ich mimika, gestykulacje, żywe reakcje widzów na znane im fragmenty. Okrzyki, śmiech, gniew.

Bo tak naprawdę, nie zgodność z faktami się w nich liczy, ale umiejętności narratora. Chodzi o to by zaciekawić słuchacza.

Diamenty nad Łobżonką

A opowieść wspomnianego kolegi brzmiała tak.

W dolinie Łobżonki, gdzieś za Kuicha łąką, na zboczu polodowcowej moreny jest złoże niebieskiej glinki, w której, jak rodzynki w cieście, są schowane diamenty.
Pokłady tej gliny na powierzchni można odróżnić po tym, że rosną na nich osty. Pod nimi zaś, nie za bardzo głęboko, jest ta niebieska glina.

Jego opowieść brzmiała tak wiarygodnie bo i przysiągł, że wszystko jest prawdą, że postanowiliśmy całą naszą bandą to sprawdzić.

Było lato więc zapowiadała się fajna wycieczka.
Idąc ulicą Bydgoską, za starą kuźnią, skręciliśmy w brukowaną uliczkę, przy której stały ceglane, niegdysiejsze czworaki. Potem polną drogą, aż do Kuicha łąki.
Wspomniane „złoża” diamentów miały być zaraz za nią. W zakolu rzeki, na zboczu moreny porośniętym leszczyną, a wiosną, błękitnymi łanami przylaszczek i zawilców.

Któreś z nas przyuważyło dużą kępę ostów, pod którą zaczęliśmy kopać. A że nie mieliśmy łopatek, robiliśmy to leszczynowymi patykami.
Kopaliśmy i kopaliśmy chyba z godzinę. Może nawet dłużej.
Dół się pogłębiał, ale niebieskiej glinki ani widu ani słychu.
Zrobiliśmy się zmęczeni i głód nam doskwierał.
Wreszcie ktoś z nas wreszcie zrozumiał, że starszy kolega nas ocyganił. Żadnej niebieskiej glinki i diamentów tu nie było.

By sobie jakoś zrekompensować stratę na honorze i napełnić żołądki, wspięliśmy się na zbocze, a tam, za jego krawędzią czekał na nas czereśniowy sad z dojrzałymi, czarnymi czereśniami. Mówiliśmy na nie „sercówki”. Objedliśmy się nimi za wszystkie czasy.

I taki był koniec wyprawy po diamenty ukryte nad Łobżonką.

Fot. Łobżonka pod „czubatką”.