Adam Glapiński najwyraźniej pomylił Narodowy Bank Polski z prywatnym kantorem, w którym kurs walut ustala się przy porannej kawie, a narodowe rezerwy traktuje jak żetony w pokerze.

Teza jest krótka: prezes NBP, wspierany przez ośrodek prezydencki, próbuje przeprowadzić legislacyjny skok na kasę, który ma jeden cel – polityczną korzyść tu i teraz, kosztem fundamentów polskiego bezpieczeństwa finansowego. To nie jest reforma. To jest demontaż procedur, które chronią nas przed radosną twórczością bankierów z partyjnym rodowodem.

Złoto na sprzedaż, prawo do kosza?
Joanna Szczepkowska słusznie zauważa to, co umyka w szumie informacyjnym: NBP to nie jest „prywatna kieszeń”. Kiedy prof. Joanna Tyrowicz z RPP bije na alarm, warto słuchać, bo liczby nie mają poglądów politycznych – one po prostu obnażają kłamstwa.

Glapiński forsuje narrację o „zbrojeniu się” za pieniądze ze sprzedaży złota. Brzmi patriotycznie? Może i tak, dopóki nie zajrzy się w przepisy. Mechanizm jest brutalny w swojej prostocie: Zysk to nie gotówka do ręki: O ewentualnym zysku NBP decyduje się w cyklach rocznych. Realne pieniądze, o których marzy prezes, mogłyby zostać rozdysponowane dopiero w maju 2027 roku.

Dziura budżetowa w NBP: Bank centralny prognozuje stratę rzędu 30 miliardów złotych. Zgodnie z elementarną logiką i prawem, ewentualny zysk powinien najpierw pokryć te straty. Glapiński chce tę zasadę ominąć. Konstytucyjne kumanie: Prezes NBP nie ma inicjatywy ustawodawczej ani mandatu, by decydować, na co pójdą pieniądze z rezerw. To domena Ministra Finansów.

Prywatyzacja państwa?
Mamy do czynienia z sytuacją kuriozalną. Człowiek, który według Konstytucji (Art. 227 ust. 4) powinien cechować się apolitycznością i godnością urzędu, wchodzi w buty politycznego lobbysty. Propozycja ustawy, to nic innego jak próba zalegalizowania bezprawia. To „ominiecie prawa”, by stworzyć finansową kroplówkę dla konkretnych projektów politycznych, ignorując ustawowe procedury kontrolne Rady Polityki Pieniężnej.

Jeżeli pozwolimy na to, by prezes NBP jednoosobowo decydował o upłynnianiu narodowego złota i ignorowaniu strat banku, to jutro obudzimy się w kraju, gdzie stabilność złotego zależy od humoru jednego urzędnika.

Czy to jeszcze bank, czy już sztab wyborczy?
Pytanie o „nasze złoto” nie jest pytaniem sentymentalnym. To pytanie o bezpieczeństwo w czasach wojny u naszych granic. Glapiński krzyczy o zbrojeniach, ale jego działania mogą doprowadzić do sytuacji, w której naruszony zostanie kapitał narodowy, bo zysk ze sprzedaży kruszcu nie pokryje wygenerowanych przez niego strat.

Czy naprawdę chcemy powierzyć losy polskiego złota człowiekowi, który procedury traktuje jak uciążliwe przeszkody w realizacji politycznych zleceń?