Człowiek już nie wisi. Krzyż oddaje to, co jeszcze przed chwilą było na nim rozciągnięte pomiędzy ziemią a niebem. Ciało zostaje zdjęte – powoli, ostrożnie, jakby każdy ruch mógł jeszcze coś naruszyć, choć wszystko już się dokonało. Nie ma już napięcia. Nie ma już wysiłku. Jest ciężar. Inny niż wcześniej. Nie ten, który trzeba było dźwigać. Ten, który po prostu jest.
Ciało opada w ramiona. Nie podtrzymuje się już samo. Nie walczy, nie reaguje. Jest oddane całkowicie – w ręce tych, którzy je przyjmują. I w tym geście nie ma już przemocy. Jest ostrożność. Jest skupienie. Jest coś, co przypomina milczący szacunek. Jakby nagle wszyscy wiedzieli, że to nie jest już to samo ciało, które przed chwilą było przedmiotem działania.
Matka przyjmuje Syna. Nie w geście rozpaczy, która rozdziera. Raczej w geście, który zatrzymuje. Trzyma go tak, jakby został jej oddany. Jakby to, co zostało odebrane, na chwilę jeszcze wróciło – nie po to, żeby żyć, ale po to, żeby można było je przyjąć do końca. I w tym geście jest coś więcej niż tylko żal. Jest pytanie, które wykracza poza tę jedną scenę – pytanie o tych, którym nikt niczego nie oddaje. O tych, których nie ma kto przyjąć. O tych, którzy zostają gdzieś – bez miejsca, bez grobu, bez chwili pożegnania.
I wtedy to trzymanie staje się jeszcze cięższe. Bo nie jest już tylko osobiste. Jest jak echo wszystkich matek, które kiedykolwiek trzymały w ramionach to, czego nie powinny musieć trzymać. Jakby ta jedna chwila była miejscem, w którym spotykają się wszystkie takie chwile.
A nad nimi stoi ktoś jeszcze. Postać z rozpostartymi skrzydłami, jakby otwierała przestrzeń, której wcześniej nie było. W dłoniach trzyma coś, co jeszcze przed chwilą raniło – koronę cierniową. Trzyma ją ostrożnie, jakby nie była już narzędziem bólu, ale czymś, co należy zachować. Jak relikwię chwili, która przeszła, ale nie przestała znaczyć. Nie dotyka ciała. Nie podnosi. Jest. Jakby ten moment nie był tylko końcem. Jakby był przejściem.
A wokół nie ma już tłumu. Nie ma krzyku. Nie ma osądu. Jest skupienie kilku osób, które nie robią nic wielkiego. Podnoszą. Podtrzymują. Trzymają. I to wystarcza. Bo po wszystkim, co się wydarzyło, człowiek nie potrzebuje już wyjaśnień. Potrzebuje obecności. Dotyku, który nie rani. Rąk, które nie odbierają, ale przyjmują.
I dopiero tutaj widać coś, czego wcześniej nie było widać. Że to, co raniło, nie znika. Zostaje – ale już inaczej. Że ciało, które zostało tak bardzo odarte, tak bardzo przybite, tak bardzo wystawione – nie jest już znakiem klęski. Jest znakiem, który trzeba przyjąć. Nie zrozumieć. Nie wytłumaczyć. Przyjąć.
Bo Stacja XII była o ciszy, w której wszystko się zatrzymało. A Stacja XIII jest o tym, że po tej ciszy ktoś musi wziąć w ramiona to, co zostało – i nie odwrócić wzroku.
Zbigniew Grzyb


Zostaw komentarz