Ale czasem czyni to w formie takiej ironii, że trudno ją znieść. W czasie II wojny światowej Niemcy wymordowali miliony Polaków. Zabrali nie tylko życie, ale i majątki: złoto, pieniądze, dzieła sztuki.
Pociągi pełne łupów jechały na Zachód, a część fortun – już pod koniec wojny – znalazła drogę za ocean, do Ameryki Południowej.
Argentyna stała się jednym z głównych azylów dla niemieckich zbrodniarzy. Juan Perón otworzył im drzwi. Trafili tam ludzie odpowiedzialni za Holocaust, za egzekucje, za obozy koncentracyjne.
Uciekali z paszportami Czerwonego Krzyża, uciekali ze skradzionym złotem i gotówką. Nikt nie zaczynał tam od zera – oni przyjeżdżali już bogaci, bogactwem zrabowanym w Polsce, we Francji, w Holandii.
I inwestowali. W co?
W ziemię. Bo inwestycja w ziemię jest najpewniejsza. Kupowali stancje (gospodarstwa od 15 tys. do 35 tys.hektarów), olbrzymie farmy, pampasy. Tysiące hektarów, na których mogli hodować bydło, siać soję i kukurydzę. Zrabowane fortuny, polska krew i łzy, zamieniały się w argentyńskie hektary i rolne gospodarstwa.
Minęły dekady. Zbrodniarze z naturalnych przyczyn umarli, część została odnaleziona i osądzona, jednak wielu uniknęło kary. Ale ziemia pozostała w rękach ich rodzin.
Ziemia rodzi plony – i te plony dziś mają popłynąć do Europy w ramach umowy Mercosur, którą forsuje Unia Europejska pod przewodnictwem Niemiec.
Wołowina, soja, kukurydza – wszystko tańsze, bo produkowane bez takich norm, jakie obowiązują w Polsce czy Francji. Te produkty mają zalać rynek, rozbić konkurencyjność polskiego rolnika, który musi stosować rygorystyczne przepisy środowiskowe i sanitarne, płacić coraz wyższe koszty i walczyć o przetrwanie.
A teraz konkluzja.
Czy to nie jest ironia losu? Ziemia, którą kupili za złoto zrabowane w Warszawie, Krakowie czy Paryżu, dziś rodzi plony, które mają niszczyć polskie gospodarstwa. A decyzję o tym podejmuje Niemka, przewodnicząca Komisji Europejskiej, w imię niby „wolnego handlu”.To wygląda tak, jakby wnuki robiły politykę na majątku dziadków.
Dziadkowie mordowali i rabowali, a wnuki – przez unijne instytucje – sprowadzają do Europy plony z tej samej ziemi, w którą tamte fortuny były ulokowane.
Czy mamy siedzieć cicho, patrząc jak historia zatacza to makabryczne koło? Czy mamy się zgodzić, że polski rolnik – spadkobierca ofiar i tych, którzy stracili wszystko – ma dziś płacić rachunek za umowę, która premiuje plony z ziemi okupionej krwią jego dziadków?
To nie jest tylko spór o soję czy wołowinę. To jest spór o pamięć, o sprawiedliwość i o to, czy Europa jeszcze ma sumienie, bo Niemcy do dzisiaj nie rozliczyły się z Polską za swoje zbrodnie, za rabunek.
Zostaw komentarz