Obiecałam historie o wielkiej, niecodziennej miłości? Której byłam świadkiem. A w tle tej opowieści o milosci gra muzyka Szopena. I jest Konkurs Szopenowski.
Wprawdzie opowiadałam już o tej historii, ale nie ma rady – musze się powtarzać, bo nic nowego już w moim życiu się nie zdarzy, a stare historie wziąż wracają i mówiąc szczerze – tylko je pamiętam. Tych ostatnich – już nie. Mijają bez zapamiętywania na dysku pamięci.
Już się domyślacie?Bohaterowie Anna i Jerzy Żurawlewowie. On – inicjator, twórca Konkursów Chopinowskich. Ona – jego młodsza o lat ponad trzydzieści żona. Miłość do śmierci i poza śmierć. Ci, którzy historie znają nie muszą czytać, ci którzy nie znają pewnie trochę się wzruszą. Bo powinni się wzruszyć.
On był już znanym pianistą i profesorem. Dla Anny, wówczas dziewczynki z warkoczami, nauczycielem muzyki. Wymagającym, ale nie surowym. Kiedy dorosła, to on i jego żona „wydawali” ją za mąż. Za równie jak ona mlodziutkiego mezczyznę, własciwie chlopaka jeszcze. W czasie okupacji mąz Anny został złapany przez Gestapo. We własnym domu. Sąsiedzi obstawili wszystkie ulice, aby ostrzec Anne, aby nie wracała do domu i dobrze sie ukryła.
Gdzie poszukała schronienia?
W domu swego profesora. Pani Zofia Żurawlewowa, malarka okazała przerazonej i zbolałej Annie wiele serca. Az do Powstania Anna mieszkała u państwa Żurawlewów, otoczona ich niemal rodzicielska troska. tak bardzo jej potrzebną po smierci mlodego meza. Torturowanego i zamordowanego przez Niemców.
Powstanie rozdzialiło Anne i jej opiekunów. Pani Zofia była schorowana, a oboje juz zbyt starzy, aby brac udział w Powstaniu. Usiłowali jedynie je przezyc. A potem przezyc drogę do Pruszkowa, pobyt w obozie, droge do Gliwic i szukanie tam nie tyle warunków do nowego zycia, ile warunków do zapewnienia opieki nad śmiertelnie chorą panią Zofia.
Anna dowiedziała sie o miejscu pobytu swego profesora przypadkowo. Przczytał w gazecie anons, ze Jerzy Żurawlew poszukuje informacji o losach swoich uczniów. Zamiast pisać do niego list, wsiadła w pociag (i) i pojechała do Gliwic. W Warszawskich gruzach nie miała ani mieszkania, ani nikogo bliskiego. Nawet grobu swego meza.
Pytałam pania Anne, jak to sie stało, ze się w sobie zakochali.
On był jowialnym, starszym panem, okraglutkim, niewysokim i jak najdalszym od urody amanta. nawet byłego. Ona sliczna, wysoka, zgrabna, pelna temperamentu, pasji zycia. Wydawało sie, ze jesli cos ich moze łaczyc i połaczyc, to stosunek ojca i córki. Oraz muzyka.
Tymczasem naprawdę , głeboko i na zawsze pokochali sie. – Otworzyl przede mna świat – mowiła pani Anna.
Nie tylko swiat muzyki. Swiat w doslownym tego slowa znaczeniu. Mimo powojennego socjalizmu z jego żelazna kurtyna, dla profesora Jerzego Żurawlewa cały swiat stał otworem. jezdził na koncerty i konkursy muzyczne. Jako pianista i jako juror. Pani Anna poznawała kraje Europy i Ameryki. Japonie. No i niezwyklych ludzi. Pisarzy, artystów malarzy, kompozytorów, wirtuozów, intelektualistów. Ba – nawet królów i królowe.
Dzięki niej ja wprawdzie nie poznałam, ale zobaczyłam królową Elżbiete Belgijską. Przyjechała na jeden z Konkursów Szopenowskich i była podejmowana przez państwa Żurawlewów. Pani Anna zabrała mnie na koncert i pokazała krolową, ktora siedziała w loży. Bardzo byłam rozczarowane, ze nie ma na glowie korony.
Moi dziadkowie byli swiadkami pozycia tej niecodziennej pary – nie od swieta i nie na pokaz. Na codzień. On kochał Anulke nad zycie i słuchał kazdego jej polecenia. Ona dbała o swego Jerzyka, jakby był nie ósmym, ale dziewiatym i dziesiatym cudem swiata. Dbała o jego diete, o tryb zycia, zameczała moja babcie, aby miała na niego oko, kiedy ona wychodzi z domu, bo Jerzyk może coś spsóć. Na przykład wypić kakao. Które mogłoby mu zaszkodzic na zoładek. Babcia wchodziła w konszachty z panem profesorem i na jego prośby o kakao z pianka (czyli ubitym białkiem) – ustepowała. A „grzech” solidarnie ukrywali przed pania Anną.
Państwo Żurawlewowie mieli psa, wyżła Boya. Traktowali go jak dziecko. Boy był ich oczkiem w glowie. Ale i tak kochał miłoscia najwieksza mego dziadka. Bo pani Anna dbała o psią diete. A dziadek przynosił z restauracji (po wojnie nie własnych, ale dworcowych, których był inspektorem) to, co psy lubia najbardziej. Ten grzech ukrywali z kolei dziadek i Boy. Tez solidarnie.
Kiedy państwo Żurawlewowie otrzymali mieszkanie na Świetkorzyskiej (w tym domu, gdzie kiedys mieszkał Moniuszko) utrzymywali z moja babcia przyjacielskie stosunki. Po smierci profesora zrozpaczona pani Anna wyrzucała sobie, ze to przez nia mąz umarł. Bo podczas jakiegos przyjecia u znajomych nie siedziała – jak zwykle- obok niego, tylko na przeciwko i nie mogła panowac nad zawartoscia jego talerza.
– Dawałam mu znaki, ale udawał, że nie widzi – plakała.
I choc wszyscy jej tłumaczyli, ze miał dziewięćdziesiat lat i byl w wieku, w ktorym sie umiera, była niepocieszona. Bo naprawde nie bylo dla niej zycia bez Jerzyka.
Wiele razy spedzałysmy razem czas w Konstancinie w Domu ZAIKSU. Zawsze na jej stoliku stało zdjecie pana Jerzego. Nigdy sie z nim nie rozstawała i zawsze mogła o męzu opowiadać. Z czułoscią, nie na pokaz. Wzruszajacą i autentyczną.
Wypełniała swoje zycie opieka nad innymi. Uczennicami i uczniami, którzy – choc dorosli – musieli wszystko opowiadać, ze wszystkiego zdawać relacje. Opiekowała sie moja mama. Wychodziła z nia na spacery i bez przerwy ostrzegała: „prosze uwazac na kałuże;, tam bedzie slisko;, o!- kamień, prosze sie nie potknąc”.
Meczace? Tak. Ale zarazem serdeczne. Jakos wyuczone przez lata, kiedy opiekowała sie swoim ukochanym Jerzykiem.
Powiecie – był dla niej zastepczym ojcem. Odpowiem – nie. I zdradze bardzo intymna tajemnice. Meili wspólna sypialnie, choc mogli miec oddzielne. I pani Anna zwierzała sie mojej babci, ze choc jej pierwszy maz był bardzo mlody, zdrowy, wysportowany, to jednak prawdziwe ars amandi poznała dopiero żyjąc z Jerzykiem.
Bardzo lubiłam na nich patrzec. Słuchac, jak ze soba rozmawiali, jak on sie z nia przekomarzał, a ona podziwiała go, jakby był najwspanialszym muzykiem, człowiekiem i mezczyzną na świecie.
Niezwyczajna milość, ale chyba bardzo prawdziwa miłość.
A ja słuchałam wiele razy, kiedy grał. Moja babcia wynajmowała mieszkanie państwu Żurawlewom. Zajmowali dwa pokoje. W jednym była ich sypialnia, w drugim, najwiekszym stały dwa fortepiany. Profesor Żurawlew i jego żona udzielali lekcji gry na fortepianie. Babcia (a przedtem i dziadek) słuchali przez cały dzień – pieknej gry profesora i wprawek jego uczniów. Przychodząc do dziadków (a po śmierci dziadka do babci) też nasłuchałam się muzyki fortepianowej, no i objadałam łakociami, jakimi pasła mnie kochana pani Anna. Matkowała nie tylko swoim uczniom i uczniom swego męża, ale także wszystkim dzieciom znajomych, w tym mnie. Pod koniec życia „matkowała” mojej starzejącej się mamie. I swoim przyjaciółkom. Każdemu, kto – według niej – potrzebowal pomocy.
Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.
Zostaw komentarz