Mówią, że kierują się bezpieczeństwem swych państw. Putin użył już armii. Trump jak ognia unika odpowiedzi na pytanie czy to zrobi. Tak czy owak obaj są imperialistami.
Ktoś mi zaraz zarzuci, że nie widzę różnicy pomiędzy dyktatorem z Moskwy, a demokratycznie wybranym prezydentem USA. Ależ widzę, ale też słucham jak argumentują swoje imperialne pomysły.
Putin, gdy uderzał na Ukrainę mówił o zagrożeniu dla bezpieczeństwa Rosji jakie stwarza Ukraina z jej euroatlantyckimi dążeniami.
Trump chce zaś przemeblować świat na własną modłę.
Chce Grenlandii właśnie w imię – jego zdaniem – bezpieczeństwa USA. Bo podobno chińskie okręty już planują desant.
Co prawda pomysł nie jest nowy, ale teraz wybrzmiał jeszcze mocniej jak za Trumana. Nie wiem czy zagrożenie ze strony Chin jest wyimaginowane czy realne, ale Grenlandia jest autonomicznym regionem Danii, która w tej sprawie mówi jednoznacznie – „bujaj się”.
Kolejny kąsek, ale ciut większy i suwerenne państwo, to Kanada, którą gość o płowej czuprynie, chce włączyć do USA, jako kolejny stan.
I znów pada argument bezpieczeństwa ekonomicznego Stanów Zjednoczonych zagrożonego rzekomo przez rząd w Ottawie. Oczywiście, ma w dupie zdanie samych Kanadyjczyków, wystarczy wyłącznie interes USA.
No i jest jeszcze Panama, której władze rzekomo drastycznie podniosły opłaty za transfer amerykańskich statków przez Kanał Panamski. W domyśle, za sprawą Chińczyków.
Tu już nie ukrywa, że jest gotów użyć armii by znów uczynić go własnością amerykańską.
Na razie jest to tylko werbalne wymachiwanie szabelką. Co zrobi Trump, okaże się po dwudziestym stycznia.
Być może jest to jego strategia negocjacyjna przeniesiona żywcem ze strefy biznesu, a być może rzeczywiście chce zrealizować te pomysły.
Pytany wielokrotnie przez dziennikarzy, czy użyje armii do ich realizacji, nie odpowiada albo robi uniki.
Znamy już to z jego poprzedniej kadencji.
Wielokrotnie stosował wtedy tzw. próbę bagnetu czyli wciskał swoją narrację światowej opinii i patrząc na jej reakcję oceniał, jak daleko może się posunąć.
Trump jest nie tylko populistą i rasistą, ale też śni o potędze USA, która ma być jeszcze większa. Obawiam się więc, że to nie są tylko pogróżki starszego pana w czerwonej czapce bejspolowej. On rzeczywiście chce narzucić światu jakiś rodzaj pax americana.
Jedno mu trzeba przyznać, przy skarłowaciałych liderach państw UE wygląda jak mityczny Herkules, który pałą chce zaprowadzić światowy porządek. Już teraz wielu przywódców europejskich krajów włazi mu, bez wazeliny, w tyłek licząc może na jakieś korzyści dla siebie w ciągu najbliższych, czterech lat.
I im intensywniej będą to robić, tym bardziej Trump będzie się czuł silniejszy i skłonny – także za pomocą szantażu ( na razie) – osiągać swe cele geopolityczne.
Bo, który z nich będzie chciał umierać za Grenlandię, Panamę czy Kanadę.
Zostaw komentarz