Wyobraźmy sobie blok od Finlandii i Szwecji, przez Polskę i Ukrainę, aż po Rumunię, Adriatyk i Grecję – około 178 mln ludzi i 4,7 bln dolarów PKB.
Co ważne: nie trzeba budować go od zera. Jego fundamentem mogłyby być już istniejące formaty: Grupa Wyszehradzka, Inicjatywa Trójmorza oraz Bukaresztańska Dziewiątka (B9) – połączone stopniowo w coraz ściślejszy system współpracy.
Potencjał jest ogromny: przemysł, rolnictwo, surowce, energia, technologie i wojsko.
Ale właśnie tutaj zaczynają się pytania, których często nie chcemy zadawać.
Czy Ukraina jest już gotowa na tak głęboką integrację – polityczną, gospodarczą i instytucjonalną?
Czy Finlandia i Szwecja naprawdę zechcą integrować się z regionem, który Zachód przez dziesięciolecia traktował jako „postkomunistyczny”, biedniejszy i – mówiąc brutalnie – pełen „dzikusów ze Wschodu”?
Czy Polska potrafiłaby przewodzić takiemu projektowi bez pokusy zostania jego hegemonem? Jej przywództwo musiałoby być „miękkie” – polegające na budowaniu kompromisu i wspólnej strategii, uwzględniającej interesy wszystkich: od Ukrainy po małą Estonię czy Słowację.
Bo jeśli Warszawa będzie chciała rządzić – przegra. Jeśli będzie potrafiła łączyć interesy – może wygrać cały region.
I tu dochodzimy do najbardziej niewygodnego pytania:
Czy Europa Środkowo-Wschodnia rzeczywiście chce stać się podmiotem, czy jednak większości wygodniej jest nadal być czyimś „wschodnim zapleczem”?
A jeszcze mocniej:
Czy Szwed i Fin naprawdę będą chcieli usiąść przy jednym stole z Polakiem, Ukraińcem, Rumunem czy Słowakiem – i uznać ich za równorzędnych partnerów?
A czy Polak będzie potrafił usiąść przy tym samym stole i nie zachowywać się jak „większy brat”?
Bo może największym problemem Intermarium 2.0 nie jest Rosja, Niemcy ani Bruksela.
Może największym problemem jesteśmy my sami.
No to jak? Utopia, megalomania czy projekt, którego Europa Środkowo-Wschodnia naprawdę potrzebuje?
Zostaw komentarz