Przyszła, po prostu, bo taka jest kolej rzeczy!

Zima przyszła. I znowu wszyscy w szoku. Przyszła, jak co roku przychodzi. Społeczeństwo natomiast przeżywa szok egzystencjalny. Bo jak to możliwe, że w styczniu 2026 roku jest zimno? Że trzeba założyć czapkę, a nie filtr na Instagramie? A przecież zima nie wzięła nas z zaskoczenia, nie zaatakowała z ukrycia, nie wyskoczyła z zasadzki. Po prostu przyszła, bo taka jej rola w tym teatrze natury. Ale naród, jak zwykle, czuje się zdziwiony, jakby styczeń widział w kalendarzu po raz pierwszy.

Kierowcy stoją w zaspach jak rzeźby współczesne. Jeszcze wczoraj w internecie pisali, że „zimówki to spisek producentów opon”, a dziś próbują wyjechać z parkingu, który wygląda jak makieta Syberii. Pług przejeżdża obok, kierowca trąbi, pług macha lemieszem, a śnieg sypie dalej, jakby chciał powiedzieć: „Panowie, ja tu pracuję na etat. To moja pora”.

A że zima solidnie wzięła się do roboty, to nasza nowoczesność przy minus piętnastu okazuje się brutalnie bezradna. Postęp technologiczny zatrzymał się u nas choćby na progu paczkomatu. Stoi człowiek przed tą metalową szafą, owinięty szalikiem jak mumia, i próbuje odebrać paczkę. I co? I nic. Ekran dotykowy uznał, że nie współpracuje z wełnianą rękawiczką, a gołego palca mu nie dasz, bo przymarznie na amen. Zdejmujesz rękawiczkę, dotykasz – i ekran zachodzi mgłą, jakby sam też był zaskoczony tą zimą. I człowiek się natrudzi, żeby odebrać to, co do niego w skrytce należy.

Podobne dramaty przeżywają właściciele „inteligentnych domów”. Stoją nieboracy pod własnymi drzwiami z suszarką do włosów, bo czytnik linii papilarnych stwierdził, że nie obsługuje zamarzniętych kończyn. Na szczęście system ma jeszcze odrobinę rozumu i nie włącza od razu alarmu, bo inaczej napakowani chłopcy pojawiliby się znikąd i rzucili „włamywacza” na glebę. Inaczej mówiąc, ewolucja uczy nas dziś jednego: w 2026 roku kalesony, czyli popularne „gacie”, mają większy zakres operacyjny niż najdroższy smartfon.

Żeby nie było, że pitolę trzy po trzy i klecę baje jak byle jaki bajklok, opowiem, co mi się ostatnio przydarzyło. Zima przyszła, a ja udaję, że nie jestem zaskoczony. Chociaż, krótko mówiąc, cyganię, bo byłem zaskoczony. I to kilkakrotnie.

Zacznę od tego, że na co dzień siedzę w domku, w cieple, dokarmiam ptaszki i opowiadam baje w necie, ale dziś rano coś mnie podkusiło, żeby ruszyć w drogę. Postanowiłem pojechać do miasta. Nie tego pod nosem, tylko trochę dalej, do dużo większego. Naiwnie.

Najpierw odśnieżyłem podwórko. Potem odśnieżyłem podjazd i wjazd. Kiedy zobaczyłem asfalt, poczułem się jak odkrywca, który dotarł do źródeł Nilu. Ponieważ deczko się spociłem, poszedłem się przebrać i jako tako odziać, a potem wróciłem do samochodu, żeby ruszyć w podróż. Niestety, samochód nie podzielał mojego entuzjazmu. Zajęczał, zastękał i bęc – włączył się alarm, bo pewnie pomyślał, że chcę mu ukraść akumulator. Energii mu nagle brakło.

Otworzyłem maskę, patrzę na oczko w akumulatorze, a tam czarna kropka. No to masz babo placek. Nagle słyszę, jak sąsiad też piłuje swego skarba na czterech kołach. Pewnie wszyscy w okolicy urządzamy zbiorową medytację nad akumulatorami. Każdy zagląda pod maskę, jakby tam miała siedzieć odpowiedź na sens życia, a siedziała tylko cisza i szron.

Na szczęście pamiętałem, że dopiero wczoraj ładowałem akumulator mojej ślubnej, to może jej poratuje i mnie. I tak musiałem odpalić swoje auto kablami od samochodu żony. Czułem się jak lekarz na dyżurze: „Proszę podać prąd. Dwanaście woltów. Szybko, zanim pacjent zamarznie”.

Kiedy już, ucieszony, ruszyłem i dojeżdżam do wyjazdu, nagle jak spod ziemi pojawił się on – odśnieżarkowy jeździec Apokalipsy. Przejechał obok mojego wjazdu i jednym majestatycznym ruchem lemiesza zasypał wszystko, co rzeźbiłem przez dwie godziny. Wysiadłem z auta, spojrzałem na tę białą ścianę i wypowiedziałem pod adresem odśnieżarkowego króla ulicy słowa, których nie powtórzę, bo to felieton, a nie stenogram z podsłuchu.

Znów trza było się rozebrać, odkopać wyjazd i dopiero ruszyć w trasę. Jakoś dotarłem do miasta. A w mieście nie lepiej. Naokoło auta z podniesionymi maskami wyglądają jak żurawie na polowaniu. Każdy kierowca udaje, że „on to się zna”, choć jedyne, co robi, to świeci latarką w klemy, jakby chciał je przestraszyć do działania. Tylko taksiarze mają żniwa: podjeżdża taki, użycza kabli i kasuje jak za podwózkę do co najmniej drugiej strefy. A przecież to piękne: świat biały, ludzie kolorowi, a kable do akumulatora stały się najmodniejszym gadżetem sezonu.

Widziałem też pańcię, która wyszła z pieskiem na spacer przy takiej zadymce, że nawet bocian by się zgubił. Piesek oczywiście w białym kubraczku i mokasynach, jakby szedł na bal, a nie na śnieżycę. Pańcia spuściła go ze smyczy, bo „niech się dzieciątko wybiega”, a dzieciątko dało nura w śnieg i… zniknęło. Po prostu zniknęło, jakby je wessała jakaś biała dziura. Pańcia chodzi, szuka, woła, a pieska ani widu, ani słychu, bo śniegu tyle, że nawet yeti by się tam nie odnalazł. W końcu piesek się wynurzył, cały oblepiony, wyglądał jak kulka do prania, a pańcia patrzyła na niego z miną, jakby właśnie wrócił z wyprawy polarnej, a nie z trawnika obok bloku.

Obok przemykają bohaterowie mody: spodnie podwinięte, kostki gołe i sine, bo przecież na TikToku nikt nie nosi skarpet za kostkę. Patrzę na te zamarznięte stawy skokowe i myślę, że natura właśnie wystawia nam rachunek za nadmiar nowoczesności. Zobaczymy, co będzie z ich kończynami za kilkadziesiąt wiosen.

Jedno co mnie zastanowiło, to dlaczego zarówno młodzież obojga płci, jak i stateczne matrony oraz dystyngowani panowie przemykają chodnikami w pozycji „półbocian–półgóral”. Jednym okiem patrzą w górę, drugim łypią w dół. Spojrzałem w górę – dachy wyglądają, jakby ktoś im nałożył czapy z bitej śmietany, a ta bita śmietana wisi nad chodnikiem. Gdzie niegdzie zwisają lodowe stalaktyty, czyli zamarznięte nacieki wodne, zwane też soplami. Ludzie boją się, czy nawis nie spadnie i nie zamieni ich w śnieżnego bałwana albo w martwego jednorożca.

Drugim okiem łypią w dół, pod nogi, by na nieodśnieżonym chodniku nie wywinąć orła i nie próbować złapać zająca – zgodnie zresztą z krakowskim dialektem. Nie wiadomo, skąd ten królik w środku miasta, ale każdy, kto zaliczy glebę, zaraz go łapie. Ot, taka magia regionu.

Zachowują się tak, bo chodniki zasypane, a gospodarze domu, kiedyś dozorcy, ale teraz brzmi to bardziej europejsko, pewnie mają własną interpretację komunikatów pogodowych. Kiedy w TV pogodynki obojga płci gadają, że „zawieje i zamiecie”, to oni chyba myślą, że wiatr zawieje i zamiecie za nich z chodnika. Więc stoją w oknie, patrzą, patrzą i czekają. A wiatr, jak to wiatr, robi swoje: zawiewa, ale nie tam, gdzie trzeba. Zatem gospodarze biorą się za robotę. I jak to w zwyczaju, odśnieżając chodnik, sypią śnieg na jezdnię. Kierowcy trąbią, ale kto by się nimi przejmował.

A gospodarze posesji mają jeszcze jedną zimową rozrywkę: przerzucanie sobie śniegu jak kartofli na targu. Jeden odśnieża i przerzuca na jezdnię, drugi odśnieża jezdnię i przerzuca na chodnik, a trzeci patrzy i mówi, że on by ten śnieg sprzedał, bo ma nadmiar. I zaczyna się handel wymienny: „Panie Kaziu, weź pan trochę mojego, bo mi się już nie mieści przy płocie”, a Kaziu na to: „A po co mi pański, jak ja swojego mam jak lodówka przed remontem?”.

A śnieg bez przerwy sypie, jakby mu płacili na akord. Ulice też ciężko przejezdne, bo pług, biedaczysko, też zaskoczony. Jak miał trenować, skoro przez ostatnie lata śnieg padał głównie w reklamach świątecznych? Teraz wyjeżdża, robi dwa metry i już ma dość. Śnieg sypie tak intensywnie, że zanim zdąży zawrócić, to to, co odgarnął, wraca na miejsce. Odśnieżanie syzyfowe. Tyle że Syzyf przynajmniej nie musiał słuchać kierowców trąbiących z pretensją.

I tak, kiedy zza rogu wyłania się pług, to cały śnieg z jezdni znów ląduje na chodniku. Pan gospodarz z panem odśnieżaczem chyba znaleźli sobie odmianę ping-ponga.

Widziałem też babcię, która posypywała schody solą z taką precyzją, jakby kisiła ogórki. Stała, sypała, poprawiała, rozcierała, a potem jeszcze raz sypała, bo „musi się przegryźć”. Powiedziała do mnie: „Panie kochany, to jak z ogórkami, jak się dobrze nie posoli, to się zepsuje”. I tak sypała tę sól, jakby robiła zaprawę na zimę, a schody wyglądały jak dno beczki po kiszeniu. Tylko ogórków brakowało. Ale przynajmniej nikt się nie poślizgnął, bo jak babcia coś zrobi, to zrobi na amen.

I tak zima przychodzi, a my udajemy, że to pierwszy raz. Sezonowa amnezja w pełnej krasie. A przecież to piękne: świat biały, ludzie kolorowi, tylko jakby nagle znaleźli się w świecie, którego absolutnie nie znają.

Trochę – oczywiście – przejaskrawiam, ale prawda jest taka, że zima w tym roku przyszła na serio, a my chyba wszyscy jeszcze uczymy się, jak się wobec niej zachować.

Zbigniew Grzyb
Z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄