Z reguły nikt nie chce długiej wojny. Jak już ktoś o wojnie myśli, to planuje szybką operację, a nie wieloletnią walkę na wyczerpanie. Tak było zarówno przed Pierwszą jak i Drugą Wojną Światową. Stronom wydawało się, że prowadzą one wyrafinowaną grę, w którą potrafią grać lepiej od przeciwników. Więc sprawę załatwią bez wojny, bo mają przewagę i wymuszą na rywalach ustępstwa samym naciskiem. W roku 1914 Niemcy mieli „genialny” plan szybkiego zakończenia wojny, bijąc Francję, zanim Rosja i Wielka Brytania zmobilizują swoje siły. Hitler nie uważał, że będzie zmuszony prowadzić walkę na dwa fronty w roku 1944, kiedy stawiał swoje ultimatum Polsce w 1939. Bo przecież Alianci nie będą bić się za Gdańsk czy Warszawę, skoro nie walczyli o Pragę, prawda? A nawet jeśli będą walczyć, to szybko z nimi sobie poradzi i będą zmuszeni się dogadać. Związek Radziecki był państwem, który w roku 1940, walcząc z 4-milionową Finlandią, nie potrafił dojść ze swoją armią do Helsinek, a Stany Zjednoczone były militarnym karłem z armią liczącą mniej niż 200 tysięcy. Co mogło pójść źle?
Wojny światowe nie wybuchają dlatego, że ktoś dąży do nich, tylko dlatego, że kluczowi gracze mają mocno sprzeczne interesy, nie potrafią obiektywnie ocenić motywacji, celów i zdolności stron konfliktu. Po prostu źle kalkulują przy bardzo wysokiej stawce w grze. I dlatego ktoś w końcu popełnia błąd, który uruchamia efekt domina.
Obserwując sytuację na arenie międzynarodowej w roku 2025, dochodzę niestety do wniosku, że podążamy dokładnie tą drogą. Odnosząc się konkretnie do naszego regionu, pędzimy w stronę wojny z Rosją w ramach właśnie tego schematu, który opisałem wyżej. Dlaczego? Bo wydaje nam się, że jesteśmy silniejsi niż to, jak nas postrzega Rosja. Jednocześnie uważamy, że Rosja jest o wiele słabsza, niż to, jak ona sama siebie ocenia. Ale być może najważniejsze jest to, że Rosja traktuje nas i naszych sojuszników jako o wiele słabszych, niż realnie jesteśmy.
Kiedy obserwuję w Polsce dyskusję o naszym potencjale militarnym, wielu osobom wydaje się, że to jakiś konkurs sił zbrojnych albo zestawienie cyferek w tabelce. Wygrywa ten, kto ma większe liczby, lepsze osiągi sprzętu, większe zasięgi artylerii. A odstraszanie polega po prostu na tym, że kupujemy coś i nasz przeciwnik jest z automatu odstraszony, bo sprawdził te tabele z cyferkami. Podczas gdy możliwość wybuchu konfliktu nie ma bezpośredniego związku z realnym potencjałem państwa, tylko z tym, jak przeciwnik subiektywnie ocenia siłę tego państwa. I w wypadku przygotowań do wojny z naszej strony priorytetem powinno być nie wygranie potencjalnej wojny, tylko jej uniknięcie, czyli skuteczne odstraszanie naszego wroga. Ponieważ dla nas sam wybuch wojny byłby już w dużej mierze porażką ze względu na cenę, którą będziemy zmuszeni zapłacić nawet w wypadku wojny wygranej.
Obserwując sposób rozumowania współczesnej Rosji od kilku dekad, dochodzę do wniosku, że nasze odstraszanie zupełnie nie działa. Pomimo wzrostu potencjału armii, nasza zdolność odstraszania Rosji, moim zdaniem, nie tylko nie wzrasta, ale jest wręcz przeciwnie – ona w tej chwili maleje. I nasze mniemanie o sobie drastycznie różni się od tego, jak nas postrzega potencjalny przeciwnik. Dlaczego tak się dzieje? Lubimy w Europie opowiadać Niemcom czy Francuzom, jak to w odróżnieniu od nich dobrze rozumiemy Rosję. Jestem osobą ze wschodu, której część rodziny pochodzi z Rosji. I nie uważam, by współczesne polskie społeczeństwo rozumiało współczesną Rosję. To nawet wcale nie jest źle, bo jest raczej wyrazem tego, jak wielką drogę polskie społeczeństwo przeszło mentalnie z umownego wschodu na zachód. Nasz sposób postrzegania Rosji w tej chwili jest o wiele bardziej „zachodni”, niż nam się wydaje.
Rosjanie generalnie z pogardą odnoszą się do systemów demokratycznych jako słabych i niestabilnych, podatnych na manipulacje z zewnątrz. Ze szczególną pogardą odnoszą się do Europy i do nas jako jej części. Nas Rosjanie postrzegają jako byłe imperium – rozbite, pokonane i upokorzone przez nich. Nasz sukces ostatnich dekad nie jest postrzegany przez Rosjan jako realny sukces, ponieważ sama miara sukcesu w Rosji jest inna. Oni nie bez powodu cały czas proponują nam podział Ukrainy i odzyskanie Lwowa. Dlaczego? Bo Rosjanie uważają, że są imperium i że już z tego tylko powodu musimy im zazdrościć i najlepiej, gdybyśmy chcieli z nimi potajemnie dogadywać się, w celu odzyskania własnego statusu mocarstwa. Jednak według nich po prostu nie możemy, bo jesteśmy na to za słabi i nie mamy do tego woli.
Rosja ma głęboką pogardę dla Europy i postrzega ją jako podwójnie słabą. Po pierwsze dlatego, że jest demokratyczna, a po drugie dlatego, że miarą jej sukcesu jest dobrobyt obywatela. Dla Rosjan to nasza słabość, która powoduje, iż nie stać nas na poświęcenie dla wielkiego celu. Czyli – nie mamy przez to woli politycznej i nie potrafimy grać aktywnie. Bo aktywna gra jest grą niebezpieczną i demokratycznie wybrany przywódca będzie tego unikał, ponieważ jego elektorat chce spokojnego rozwoju i dobrobytu, a nie ryzykownych gier. Dlatego uważają, że nami łatwo się manipuluje i jeżeli się nas wystarczająco mocno zastraszy, to nasze europejskie społeczeństwa skapitulują, a politycy bez wsparcia tych społeczeństw nic nie będą w stanie zrobić. Dlatego z punktu widzenia Rosjan oni są o wiele silniejsi od nas.
Ogromnym błędem europejskich ekspertów (i polscy eksperci wcale nie są tutaj wyjątkiem) jest ciągłe porównywanie potencjałów ekonomicznych i militarnych w tabelach, które z reguły służy samouspokojeniu. Trzeba jednak powiedzieć wprost: ROSJANIE UWAŻAJĄ, ŻE SĄ SILNIEJSI OD NAS DLATEGO, ŻE MAJĄ NIEPORÓWNYWALNIE WIĘCEJ DETERMINACJI W UŻYCIU SWOJEGO MNIEJSZEGO POTENCJAŁU I NIE WIERZĄ, ŻE BĘDZIEMY W STANIE UŻYĆ SWOJEGO WIĘKSZEGO POTENCJAŁU. Tego typu percepcja jest w Rosji powszechna, zaczynając od szczytów władz, a kończąc na statystycznym Iwanie z dalekiej głubinki.
Jako Polacy, sami tego nie rozumiejąc, utwierdzamy ich w tym przekonaniu. Nasze czołgi, samoloty i Himarsy nie mają dla Rosjan żadnej wagi ze względu na to, jak, jako społeczeństwo, reagujemy na rosyjskie testowanie nas. Kiedy Rosja eskaluje konflikt, wysyła swoje drony albo wysadza w Polsce tory, Rosjanie uważnie obserwują reakcję państwa i społeczeństwa. Jeżeli mamy znacząca i rosnącą część społeczeństwa, która wini Ukrainę za tę eskalację, jeżeli notowania partii jawnie sympatyzujących Rosji rosną, jeżeli reakcja służb i państwa jest defensywna i symboliczna, to jaki wniosek wyciągają Rosjanie? Wniosek będzie taki, że należy eskalować sytuację dalej. Wniosek będzie taki, że żeby nas wyeliminować z gry, należy kontynuować prowokacje i rozszerzać skalę agresji. Sęk w tym, że tego typu eskalacja może w końcu zajść za daleko i nie uważam wcale, że Rosja nas ocenia adekwatnie i że Polska reakcja w razie podobnej rosnącej agresji będzie taka, jaką zakładają Rosjanie. Ale to jest właśnie mechanizm wybuchu konfliktu. Te osoby, które w Polsce „w imię pokoju” opowiadają się za nie prowokowaniem Rosji, w rzeczywistości są tymi, które prowadzą nas wprost do wojny z Rosją, ponieważ tworzą u Rosjan złudzenie naszej przesadnej słabości.
W tej sytuacji jedyną realną przyczyną, dla której jeszcze nie mamy wojny, jest to, że rosyjski potencjał po prostu fizycznie jest związany w wojnie na wschodzie, która go wyczerpuje. Wyczerpuje przede wszystkim ekonomicznie. I dlatego polaryzujące społeczeństwo zdanie „Ukraina walczy za nas” jest tylko figurą retoryczną, za którą kryje się naga, obiektywna prawda. Bo bez względu na to, jaki mamy osobisty stosunek do Ukrainy, to jest ona po prostu tamą na drodze do nas. To jest kwestia geografii, a nie sympatii czy antypatii. W tej chwili jedyny realny sposób, by uniknąć wojny to doprowadzenie do sytuacji, w której Rosja na tyle się wyczerpuje w wojnie z Ukrainą, żeby nie miała po prostu zasobów dla nowej agresji w kolejnych dekadach. Ale nawet w tym wypadku „geniusze” z Waszyngtonu śpieszą się z ratunkiem dla Kremla, proponując mu takie warunki zakończenia wojny, które pozwoliłyby na odbudowę rosyjskiej gospodarki w szybkim tempie. Na zachodzie Europy w tym wypadku również nie zabraknie państw gotowych się do tego „resetu” z Rosją przyłączyć. Robią to ramach zupełnie nieadekwatnej kalkulacji, w której Rosja ma w zamian za tę hojność zadowolić się tym, co już na wojnie uzyskała. Żeby to określić w sposób jeszcze bardziej klarowny – Waszyngton chce nam utorować przyśpieszoną drogę do wojny z Rosją w przyszłości. I w zasadzie tylko arogancja samego Kremla i jego własna nieadekwatna kalkulacja, w której postrzegają nas za o wiele słabszych, niż realnie jesteśmy, swoje siły jednocześnie przeszacowując, ratuje nas od tego skrajnie negatywnego scenariusza. Bo Rosjanie nadal uważają, że potrafią uzyskać o wiele więcej, jeżeli zagrają va bank.
________________________________________________________
Osoby które nie mają czasu czytać ścianę tekstu, zapraszam do wysłuchania wersji audio. Link państwo znajdą TUTAJ.
________________________________________________________
______________________________________________________________
Zachęcam do wspierania mojej niezależnej publicystyki:
Patronite.pl: https://patronite.pl/Frontiersman
buycoffee: https://buycoffee.to/frontiersman
Patreon: https://www.patreon.com/frontiersmannews
Zostaw komentarz