Ostatnio nie miewam zbyt wiele marzeń, poza tym, żeby zmienić się z naukowca w prozaika, ale z zachowaniem etatu na uczelni, dla bezpieczeństwa socjalnego. Za kilka dni dotrze do mnie cały nakład mojego Analfabetu Bałkańskiego. To pierwsza moja książka, którą sam wydaję i sam dystrybuuję.

Ale wracając do marzeń. Są marzenia wielkie i te przyziemne. Te przyziemne są najpiękniejsze. Nie narzucają się innym, nie każą się podziwiać, są na swój sposób samowystarczalne. Nie potrzebują publiki.

Jutro o 8:43 mam pociąg z Czeskiego Cieszyna via Bo(h)gumin do Warszawy (jestem zapewne jedynym polskim naukowcem, który jedąc do pracy po drodze dwa razy przekracza granicę państwową). Pycha skoczyła mi właśnie bardziej jak cukier po zjedzeniu jedynego w ciąg dnia posiłku, co przez ostatnie kilka lat praktykuję.

Moim marzeniem jest wyjść jutro o siódmej nad ranem do sklepu „Społem”, kupić 150 gram najdroższego salcesonu, włożyć go między dwie dziś w Biedronce zakupione bułki dla zdrowoodżywiających się i zatopić się w pociągu do Warszawy w myślach o tym, jaki ten świat jest… prowokujący, zły, beznadziejny, rozczarowujący.

W niczym mi to jednak nie pomoże, ale chwilowo złagodzi ból istnienia w świecie, którego reguł gry nie akceptuję, ale jednocześnie nie jestem jeszcze gotów do bycia męczennikiem.

Salceson ma podobno właściwości terapeutyczne.

Dlatego zamierzam jutro w drodze do Warszawy jeść w pociągu salceson i wywalać nogi na siedzenie naprzeciwko jak będzie taka okazja, którą zamierzam sam sobie i tak wytworzyć nie czekając na loterię miejsc.

Kiedyś zostanę znanym pisarzem. Znanym oczywiście tylko moim znajomym, ale to zawsze coś. Na początek i to dobre. A potem będzie tylko później.