W drzwiach dziekanatu pojawił się zasapany dziekan ciągnący za sobą cztery pokaźne, mocne kartony.
– Wziąłem te po bananach, z Biedronki. Są mocniejsze niż te z LIDLa. I bardziej pakowne – powiedział dziekan zrzucając z siebie płaszcz prosto na podłogę, gdyż nie miał w zwyczaju zawieszać go na wieszaku, a tym bardziej w szafie odzieżowej. – Pani zostawi, nie wymnie się – powiedział do sekretarki, która podbiegła aby płaszcz jednak powiesić. – Takich mocnych kartonów to ze świeczką teraz szukać. Za podobne w IKEI trzeba słono płacić – mówił sam do siebie dziekan.
– Zrobić kawy lub herbaty? – zapytała sekretarka.
– Wolałbym coś mocniejszego, koniaczek raczej i do tego cygaro, ale takie mocno dymiące, żeby czuć było na korytarzu, że władza urzęduje. Koniaczek bez lodu. Lód jest dla słabych – powiedział dziekan. – Takich kartonów już prawie nie ma – zawołał dziekan zza zamkniętych drzwi, włączając komputer.
– Panie dziekanie, z całym szacunkiem, ale mija już trzeci rok odkąd Pan dziekan codziennie przywozi ze sobą kartony. Nie mamy już ich gdzie trzymać. Nie ma miejsca. I tak w zeszłym tygodniu musieliśmy zwolnić dwóch pracowników, żeby zajmowane przez nich pomieszczenie zamienić na magazyn kartonów. – Ale nie protestowali! – od razu dodała sekretarka. – Nawet byli nam wdzięczni, bo tak mało zarabiali, a jednocześnie byli na tyle nieśmiali by poprosić o podwyżkę, że tym samym zyskali kolejną okazję by zatrudnić się w jakimś beznadziejnym miejscu.
– A jak układacie te kartony? – zapytał dziekan zaciągając się cygarem. Wkładacie jeden w drugi żeby zaoszczędzić miejsce? Sekretarka nie znała odpowiedzi na to pytanie więc czem prędzej zawezwała garbatego studenta, który na ochotnika zgłosił się do pomocy przy kartonach. Ten przyszedłszy najpierw ukłonił się i ukląkł przed dziekanem, co temu ostatniemu się wyraźnie spodobało.
– No więc jak układacie te kartony, które z takim wysiłkiem i poświęceniem przywożę codziennie na nasz uniwersytet? – zapytał groźnie pan dziekan.
– Garbaty student najpierw upewnił się, że może odpowiedzieć a otrzymawszy decyzję wypowiedziana gestem dłoni odrzekł: – tak jak pan dziekan kazał, najpierw ładujemy te kartony patriotyczne, żeby przypadkiem te niepatriotyczne nie zajmowały ich miejsca. Te niepatriotyczne staramy się upychać w patriotyczne, żeby to co patriotyczne zawsze było na wierzchu. Nie zawsze się to jednak udaje i czasem trzeba nogą dopychać. I jak pan dziekan radził, jedziemy z nimi pod sufit, a jak się skończy miejsce w danym pomieszczeniu, i trzeba zająć inne, to zwalniamy z pracy zatrudnionych tam pracowników. Bo kartony to podstawa – powiedział garbaty student.
– Kartony to przyszłość – odrzekł dziekan. Musimy zgromadzić więcej kartonów, pal licho z rozwojem naukowym. Nauka już i tak nikogo nie obchodzi. Wszyscy piszą, nikt nie czyta. Mamy jeszcze tych dwóch profesorów – jednego od Karla Schmitta i drugiego od Platona? – zapytał dziekan.
– Mamy, mamy – odpowiedziała sekretarka.
– To dobrze, bo to już ostatnie lata, gdy będziemy sięgać do dorobku klasycznego. Dlatego trzeba przyspieszyć zbieranie kartonów! – zakrzyknął groźnie dziekan.
W kącie poczekalni sekretariatu dziekana siedział skulony człowiek w futrze z królika. Ten kąt był celowo zacieniony, ażeby nieśmiali petenci nie czuli się dyskomfortowo oczekując na wizytę u dziekana, do której i tak często nie dochodziło.
– Czy mogę zadać panu dziekanowi nieśmiałe pytanie? – wyszeptał petent w króliczym futrze.
– Pytaj pókim w humorze. – odrzekła dziekan.
– Po co aż tyle kartonów? Do czego one i zamiast czego? – zapytał pan królik.
– Dobre pytanie, tylko zastanawia mnie dlaczego akurat pan mi je zadaje, gdyż od ponad trzech lat codziennie przywożę kartony na uczelnię, pracownicy je układają, ale nikt nie pyta po co to wszystko. Myślą, że to wszystko pod przyszłą przeprowadzkę do nowego budynku. Albo, że po prostu lubię kartony i uważam, że wszystkie rzeczy da się odpowiednio uporządkować wyłącznie używając kartonów.
– A jak jest naprawdę? – zapytał z lękiem człowiek w króliczym futrze.
– To kartonoza. Bardzo groźna choroba. Mieli mózg, serce i duszę. Formatuje do poziomu życia uczuciowego traszki. Trudno z nią walczyć, ale jeśli codziennie niesiesz na sobie te kilka kartonów, to tak bardzo nie boli. Sam zapach kartonu łagodzi fatalne konsekwencje. Dlatego tak bardzo lubię pomieszczenia wypełnione po sufit kartonami.
Zostaw komentarz