z notatnika współuczestnika wycieczki

Koła Gospodyń Wiejskich istnieją w Polsce mniej więcej tak długo, jak pamięć o tym, że zimy bywały kiedyś śnieżne. Tyle że jedno i drugie bardzo się zmieniło. Śnieg pojawia się od święta, zamiast na święta, a dawne „gospodynie” w chustkach i fartuchach zastąpiły kobiety, które potrafią jednego dnia zrobić warsztaty – od nauki pieczenia po zajęcia kompetencyjne – drugiego poprowadzić gimnastykę zdrowotną, a trzeciego zorganizować wyjazd do Pragi, Drezna, Brna czy Ołomuńca.

Koło Gospodyń z Inwałdu należy właśnie do tej kategorii. Wanda Graboń, rzutka przewodnicząca Koła, wspierana nie tylko przez zarząd, ale również przez wszystkie członkinie, doskonale prowadzi sprawy. Wie, gdzie i do kogo napisać, gdzie szukać jakiegoś grantu na zaspokojenie potrzeb lokalnej społeczności, nie tylko członkiń koła. Gospodynie wspierają ich mężowie i narzeczeni, którzy w większości są również członkami inwałdzkiego OSP. A pani Wanda ma dodatkowy atut w postaci swojego męża Emila, który ogarnia wszelkie rubryczki we wnioskach, a także inne rubryczki w sprawozdaniach z aktywności.

Członkinie Koła Gospodyń Wiejskich w Inwałdzie

Sam jestem beneficjentem ich działań – niejednemu z nas kręgosłup i stawy zawdzięczają więcej zajęciom z „gimnastyki prawie leczniczej” niż wizytom u specjalistów. Kiedy więc padła propozycja świątecznego wyjazdu na jarmarki do Brna i Ołomuńca, nie było się nad czym zastanawiać.

Autokar ruszył z Inwałdu o tej porze, kiedy człowiek normalny dopiero zaczyna pertraktacje z budzikiem. W środku – kobiety po kursach, szkoleniach, z telefonami, które mają więcej funkcji niż mój pierwszy komputer. Między nimi ich mężowie, a nawet starsze dzieciaki się trafią. Między siedzeniami krążyły termosy z gorącymi napojami i informacje, kto organizuje najbliższego sylwestra, jakie będą warsztaty dla dzieci po Nowym Roku i o której trzeba będzie przyjść na kolejną gimnastykę.

Droga na południe ma tę właściwość, że nie da się jej przejechać, nie zahaczając o historię. Gdzieś między jednym a drugim kubkiem kawy padło zdanie przewodniczki pani Izy: – Za chwilę miniemy okolice Austerlitz.

Trudno, żeby nie padło. W tej części Europy nazwiska Napoleonów, Habsburgów i rozmaitych generałów wyrastają przy drogach równie często jak stacje benzynowe. Bitwa pod Austerlitz trafiła do podręczników jako wielkie zwycięstwo Napoleona. Dla ciekawych wyjaśniam, że dawne Austerlitz to dzisiejszy Sławków (Slavkov u Brna), miasto położone w południowych Morawach, około 20-25 km na wschód od Brna, znane z historycznej bitwy napoleońskiej z 1805 roku. Znajduje się tam barokowy pałac oraz Pomnik Pokoju na wzgórzu Prace, upamiętniający bitwę.

Kiedy przewodniczka opowiadała o genialnym manewrze na „Słońcu Austerlitz”, jedna z pań z tyłu skwitowała rzeczowo: – No jasne, wygrał, bo żołnierze nie mieli czasu zmarznąć. Jakby ich postawił na warcie jak naszych chłopaków w Ołomuńcu, to by inaczej śpiewali.

I tu właśnie historia spotkała się z codziennością – Napoleon miał sztab, strategię i historiografię. My mieliśmy gorące napoje i kanapki, którymi trzeba się było posilić, bo Brno przywitało nas przenikliwym chłodem i tym typem mgły, która sprawia, że człowiek zaczyna doceniać każdą grzańcówkę, nawet tę z plastikowego kubka.

Trzeba też powiedzieć wprost: Brno to nie „jakieś tam czeskie miasto”, tylko stolica Moraw. A Morawianinowi lepiej nie mówić, że mówi „czeskim dialektem”, bo można oberwać … spojrzeniem. Lingwiści zapiszą to elegancko jako „morawskie dialekty języka czeskiego”, ale Morawianin odpowie: „my mamy swój język, starszy, bardziej pierwotny, nie żaden przydatek do Pragi – i kiedy było państwo Velká Morava, plemiona czeskie dopiero raczkowały”. To jest trochę tak, jak z przekomarzaniem się Krakowa i Warszawy, kto starszy i ważniejszy, albo jak z naszą Gådkom Krakoskom: dla jednych „gwara”, dla innych – pełnoprawny kod, w którym nosi się pamięć miejsca i ludzi.

Zatem kiedy patrzyłem na napis „Enom posečkej, dyť sa to už chystá. Těším sa na Vás”, pomyślałem, że filolog może tu widzieć wariant czeskiego

Katedra w Brnie

standardu, ale serce podpowiada prościej: to po prostu język Moraw – żywy, swojski i uśmiechnięty. Tak jak gwara krakowska niesie pamięć miejsca, tak morawskie słowa są jak żywe archiwum regionu.

I właśnie w stolicy Moraw, na jej placach, rozlały się stoiska „vánoční trhy” – świąteczne targi – które dla czeskiego ucha brzmią zwyczajnie, a dla polskiego przekładają się automatycznie na „jarmark bożonarodzeniowy”. Różnica jest nie tylko językowa. Czesi, bardziej pragmatyczni, mówią po prostu „trh” (targ). My wolimy jarmark, bo w tym słowie słychać i handel, i święto.

Gdzieś między stoiskami z medoviną, čerstvým uzeným úhořem i šperkami dało się zauważyć, że świat się naprawdę zmienił. Panie z Koła całkiem swobodnie operowały słowami „polosladké víno”, „uzené maso” i „nakládaný hermelín”. Współczesna gospodyni wiejska bez kompleksów porusza się między stołem a Europą – raz zagniata ciasto na swojskie specjały, raz płaci kartą w obcej walucie, a przy okazji orientuje się lepiej ode mnie, jaki kurs korony jest tego dnia sensowny.

Przy jednym ze stoisk wisiała tablica z napisem „Sortiment sýrů” i „Sortiment klobásy”. Pół ściany wypełniały nazwy, które brzmiały jak połączenie inwentarza i poezji: korbáčiky, uzlíky, brynza, kozie sýry, a niżej cała kawalkada kiełbas – maďarské, slovenské, farmářské, koňská, jelení, z mangalicy. Patrzyłem na to i pomyślałem, że oto cała Europa Środkowa sprowadzona do jednej deski. Narody mogą się spierać o historię, ale wędzone, pikantne i „uzené” rozumie tu każdy bez słownika. Dietetycy mogliby dostać ataku rozpaczy, lecz człowiek ze wsi wie swoje: raz w roku można bardziej słuchać nozdrzy niż zaleceń żywieniowych. Świadomość dietetyka protestowała, lecz nozdrza i pamięć wygrały bezapelacyjnie.

Ołomuniec, do którego dotarliśmy późnym popołudniem, ma w sobie coś z podręcznika historii napisanej starannie i z rozmachem. Ratusz z wieżą, kościoły o posadzkach w czarno-białą szachownicę, łacińskie epitafia przypominające, że „byliśmy tym, czym ty jesteś, będziesz tym, czym my jesteśmy”. Pomiędzy nimi – jarmark, światła, zapach kiełbasy z rusztu i tłum ludzi, który mógłby ilustrować hasło „Środkowa Europa przed świętami”.

Dla mnie szczególnym punktem programu była wizyta na Fisz Placu z pieśni o galicyjskim rekrucie: „W Ołomuńcu na Fisz Placu, gdym na warcie kurna stoł, wszyscy mi się, kurna, dziwowali, nawet cysorz som się śmioł”.

Dziś ten  Fischplatz nie figuruje już na żadnej tablicy, ale tradycja i przewodnicy zgadzają się co do jednego: trzeba stanąć za ratuszem, przy fontannie Juliusza Cezara. Tak też uczyniłem – w czapce naciągniętej na uszy, puchowej kurtce i z plecakiem przewieszonym przez ramię.

BW Ołomuńcu na fiszplacu ...arokowa Fontanna Juliusza Cezara (czes. Caesarova kašna) znajduje się na Górnym Rynku (czes. Horní náměstí), na którym dawniej był targ rybny. Została postawiona, by uczcić mitycznego założyciela miasta,

Gajusza Juliusza Cezara, który miał założyć miasto, stacjonując ze swoimi rzymskimi legionami w obozie na Wzgórzu Michała.

W piosence rekruta z Galicji „wszyscy się dziwowali, cesorz nawet som się śmioł”. W moim przypadku cesarza zabrakło, ale żona za aparatem śmiała się dostatecznie za nas obu. Stałem więc na tym symbolicznym Fiszplacu, starając się przywołać w myślach obraz młodego chłopaka z Galicji, który przed stu kilkudziesięciu laty trząsł się z zimna w tym samym miejscu, tyle że z karabinem zamiast telefonu w kieszeni. Różniło nas wszystko – realia polityczne, mundur, hierarchie – a łączyło jedno: ta sama wieża ratusza w tle i to samo uczucie, że do domu jednak kawałek. On marzł z karabinem, ja z kubkiem grzańca – ale obaj patrzyliśmy na tę samą wieżę.

Koło Gospodyń rozlało się po placu: jedne fotografowały fontanny, inne testowały kolejne odmiany grzańca, jeszcze inne cierpliwie czekały w kolejce po zabijačkové speciality, których nazwy brzmiały bardziej jak poezja mięsa niż zwykły jadłospis: kroupové jelita, jaternice, tlačenka, škvarky. Świadomość dietetyka w człowieku cicho protestowała, ale historia kulinarna regionu wygrywała bez większego oporu.

Stoisko w Ołomuńcu
Przy stoisku z ceramiką – aniołkami, bałwanami i konikami na biegunach – leżała kartka z napisem: „PROSÍM VYBÍREJTE OČIMA. HLÍDEJTE SI SVÉ DĚTI. DĚKUJEME.”

Proszę wybierać oczami, pilnujcie swoich dzieci. Prosta prośba rzemieślnika, który wie, ile pracy kosztuje każdy z tych aniołków, a jednocześnie ma świadomość, że dzieci na jarmarku widzą świat głównie rękami. Pomyślałem, że to całkiem dobra metafora nie tylko na świąteczne zakupy: dorośli wybierają oczami i kalkulatorem, dzieci – dotykiem i zachwytem. I dobrze, że jeszcze mamy w sobie odrobinę jednego i drugiego.

Kiedy zapadł zmrok, nad ulicami rozbłysły girlandy świateł. Na jednym ze zdjęć, które udało mi się zrobić, wszystko jest lekko rozmazane: lampki zamieniają się w deszcz iskier, kamienice gubią ostre kontury. Pomyślałem, że tak właśnie wyglądają w pamięci podobne wyjazdy. Szczegóły umykają, zostaje wrażenie: ciepła kubka w zmarzniętej dłoni, głośnych rozmów, śmiechu, zapachu wędzonego mięsa, organów w kościele i tego, że człowiek przez chwilę był gdzie indziej, a jednak u siebie.

Patrząc na to wszystko z boku, miałem przed oczami bardzo współczesny obraz wsi. Nie tej z pocztówek z cepelią, ale takiej, która nie boi się świata. Kobiety z Koła Gospodyń Wiejskich potrafią jednego dnia ćwiczyć z seniorami w sali wiejskiej, następnego oprowadzać dzieci po warsztatach, a trzeciego – stać między ratuszem w Ołomuńcu a barokową fontanną i rozmawiać o tym, który jarmark świąteczny jest bardziej „klimatyczny”. Jarmark staje się tu sceną, a one – aktorkami wspólnoty, które grają rolę nowoczesnych gospodyń, łączących tradycję z Europą.

W drodze powrotnej Napoleon spał spokojnie w podręcznikach historii, pola bitewne przykrywała mgła, a w autokarze pachniało grzańcem, kiełbasą z Moraw i zmęczeniem. Z tyłu ktoś rzucił półgłosem: – No, fajnie było. Trza będzie pomyśleć, gdzie pojedziemy następnym razem.

I pomyślałem, że w tym jednym zdaniu jest cała mądrość tych „wiejskich niewiast”, które już dawno przestały być tylko gospodyniami od kuchni. Są strażniczkami pamięci, organizatorkami ruchu, edukatorkami dzieci, partnerkami w podróży po świecie – od Inwałdu, przez Drezno, po Ołomuniec. Koło Gospodyń żyje w rytmie powrotów – od gimnastyki po jarmarki – i w tym rytmie jest cała mądrość wspólnoty.

A jeśli komuś jeszcze przyjdzie do głowy, żeby ich wyjazd nazwać „wypadem wiejskich kobiet do wielkiego miasta”, to proponuję prostą terapię: niech spróbuje dotrzymać im kroku przez cały dzień na jarmarku, w kilku kościołach, paru rynkach, ulicach i placach, przy trzech stoiskach z medoviną i jednym Fisz Placu. Gwarantuję, że szybciej opadnie z sił, niż zdąży zanucić: „W Ołomuńcu na Fisz Placu, gdym na warcie kurna stoł…”.

 Jarmark w Ołomuńcu