Prolog

„People are morons.” [Ludzie to kretyni]

— Phil Connors, Groundhog Day / „Dzień świstaka”

Gorzkie. Niesprawiedliwe. Obraźliwe. I po przeczytaniu niektórych dyskusji internetowych — niebezpiecznie kuszące. Tyle że może Phil Connors nie miał racji. Może ludzie wcale nie są głupi. Może tylko żyją w świecie, który nauczył ich czytać szybciej, niż zdążą pomyśleć; reagować wcześniej, niż sprawdzą; odpowiadać, zanim zrozumieją pytanie, i mieć zdanie na długo przed zdobyciem informacji potrzebnych do jego sformułowania. Może problem nie znajduje się w człowieku, lecz w obłędzie nadmiaru. A może jedno i drugie? Nie wiem.

I właśnie od tego „nie wiem” chciałbym zacząć.

Coś kręci się wokół mojej głowy.

Dźwiękiem przypomina komara. Jest babie lato. Za drzwiami pajęczyna krzyżaka łapie nieuważnych gości. Ten przeleciał. Z lewej czy z prawej? Chyba z lewej. A może z prawej? A może wcale nie przeleciał, tylko zatoczył koło. Albo to ja obróciłem głowę. Dźwięk mógł odbić się od ściany. Mogą być dwa komary. Może jeden. A może wcale nie jest to komar, tylko coś, co brzmi jak komar. Na razie wiem tylko, że coś słyszę.

I to powinno wystarczyć. Ale nie wystarcza.

Po pięciu minutach współczesnej dyskusji będziemy już prawdopodobnie wiedzieli, skąd komar przyleciał, kto go wypuścił, dlaczego zrobił to właśnie teraz i komu zależy na tym, żeby latał po lewej stronie mojej głowy. Po dziesięciu minutach pojawi się ekspert, który wyjaśni, że od początku leciał z prawej. Po piętnastu ktoś opublikuje film. Na filmie komara nie będzie widać.

To niczego nie zmieni. To, co napisano. Czytanie wydaje się czynnością prostą.

Ktoś pisze:

„Koło mojej głowy kręci się komar”.

Czytelnik czyta:

„Koło jego głowy kręci się komar”.

Sukces.

Pierwszy poziom został osiągnięty. Ale już chwilę później zaczynają się schody. Napisałem, że komar kręci się koło mojej głowy. Nie napisałem, że go widziałem. Nie napisałem, że mnie ugryzł. Nie napisałem, że wiem, skąd przyleciał. Jeżeli jednak słyszę go najpierw z lewej, a potem z prawej strony, mogę wyciągnąć wniosek, że się przemieścił.

Mogę. Nie muszę mieć racji. Mógł przelecieć. Mogłem obrócić głowę. Mogły być dwa komary. Dźwięk mógł odbić się od ściany.

Każde z tych zdań opisuje możliwość. Żadne nie opisuje jeszcze ustalonego faktu. I właśnie w tym miejscu zaczyna się prawdziwe czytanie ze zrozumieniem. Nie wtedy, kiedy potrafimy powtórzyć zdanie autora. Wtedy, kiedy potrafimy ustalić, co z tego zdania wynika, co wynikać może, a czego wywnioskować z niego nie wolno.

„Mogło się wydarzyć”

nie oznacza

„wydarzyło się”.

 

„Nie można wykluczyć”

nie oznacza

„zostało udowodnione”.

 

„Jest prawdopodobne”

nie oznacza

„jest prawdziwe”.

 

„Nie mam dowodu, że było”

nie oznacza również

„mam dowód, że nie było”.

Niby proste. A jednak po usunięciu tych czterech rozróżnień można wyprodukować znaczną część współczesnego Internetu.

Jak komar staje się faktem

Załóżmy więc, że ktoś puści plotkę:

„Komar mógł przylecieć z lewej”.

Ktoś inny ją podchwyci:

„Komar miał przylecieć z lewej”.

Następny napisze:

„Po przylocie komara z lewej strony…”

I gotowe. Nie pojawił się żaden nowy dowód. Nikt komara nie sfotografował. Nikt nie zbadał trajektorii jego lotu. Nie mamy nawet pewności, czy to ten sam komar. Zmieniła się wyłącznie konstrukcja zdania. Możliwość została ubrana w gramatyczny kostium zdarzenia dokonanego. Teraz wystarczy, że wiadomość powtórzy pięć portali. Szósty napisze:

„Jak informują media…”

Siódmy:

„Według licznych źródeł…”

Ósmy zaprosi eksperta od komarów. Dziewiąty eksperta od lewej strony. A dziesiąty opublikuje analizę zatytułowaną:

„Dlaczego komar wybrał lewą stronę i co to oznacza dla nas wszystkich?”

Po dwóch dniach ktoś napisze w komentarzu:

„Przecież wszyscy wiedzą, że przyleciał z lewej”.

Nie. Wszyscy wiedzą jedynie, że wielu ludzi powiedziało, iż mógł. Tyle że znak zapytania gdzieś po drodze odpadł.

Na rysunku jest hipopotam. Wprowadźmy teraz hipopotama. Dlaczego? Właściwie bez powodu.

Na rysunku jest hipopotam – to informacja. Możemy zapytać, dlaczego autor umieścił go na rysunku – to interpretacja. Możemy przypuszczać, że hipopotam ma jakiś związek z komarem – to hipoteza. Możemy również rozważyć, czy hipopotam mógłby kręcić się wokół mojej głowy – to sytuacja hipotetyczna.

Przy znanych nam rozmiarach hipopotama i mojej głowy bardziej prawdopodobne wydaje się jednak, że to moja głowa musiałaby kręcić się wokół hipopotama. Ale stąd nadal nie wynika, że się kręciła. Tymczasem ktoś napisze:

„Autor twierdzi, że hipopotam latał mu wokół głowy”.

Nie twierdzi.

Ktoś odpowie:

„Proszę udowodnić, że hipopotamy potrafią latać”.

Nie muszę.

Ktoś trzeci:

„Czyli według autora hipopotamy są komarami”.

Nie. Komar to nie hipopotam.

I właśnie w tym miejscu pojawi się ktoś, kto uzna to zdanie za próbę ograniczenia jego wolności. Bo przecież każdy ma prawo do własnego zdania. Oczywiście. Każdy ma prawo uważać, że komar jest hipopotamem. Tyle że wolność posiadania własnego zdania nie daje komarowi masy trzech ton.

Małpka

A teraz małpka. Jedna małpka. Tylko tyle. Nie będę wyjaśniał, co mam na myśli. I właśnie dlatego za chwilę możemy rozpocząć kolejną dyskusję. Ktoś zobaczy zwierzątko. Ktoś małą butelkę alkoholu. Ktoś inny zapyta, dlaczego w tekście o komarze pojawił się alkohol. Następny dostrzeże problem społeczny. Ktoś przypomni PRL. Ktoś zaprotestuje przeciwko idealizowaniu PRL-u. Ktoś odpowie, że właśnie przeciwnie — PRL został oczerniony. Za chwilę będziemy dyskutować o gospodarce centralnie planowanej, Polmosie, reglamentacji, historii polskiej gorzelni i kondycji psychicznej społeczeństwa w latach siedemdziesiątych. Wszystko to może być ciekawe. Część może być nawet prawdziwa. Tylko…

Co z komarem?

Dygresja.

Kiedyś nazywało się to dygresją. Dygresja była pięknym wynalazkiem. Autor schodził na chwilę z głównej drogi, żeby coś dopowiedzieć, przywołać anegdotę, pokazać analogię albo zwyczajnie pozwolić myśli zaczerpnąć powietrza. Dygresja miała jednak jedną właściwość, o której dzisiaj coraz częściej zapominamy. Z dygresji należało wrócić. Współczesna dyskusja bardzo często powrotu już nie zna. Jedno poboczne słowo uruchamia komentarz. Komentarz uruchamia odpowiedź. Odpowiedź wymaga sprostowania. Sprostowanie wywołuje oburzenie. Oburzenie przypomina komuś wydarzenie sprzed piętnastu lat.

Ktoś wrzuca link. Ktoś kwestionuje źródło. Ktoś atakuje autora źródła. Ktoś pyta, kto go finansuje. I po czterdziestu komentarzach mamy niezwykle żywą dyskusję, w której niemal wszyscy są przekonani, że nadal rozmawiają na temat. Tylko temat dawno sobie poszedł i chyba stracił ochotę by wrócić. Dygresja przestała być boczną uliczką prowadzącą z powrotem na główną drogę. Stała się skrzyżowaniem, na którym każdy pojechał w swoją stronę.

Można więc rozumieć każde zdanie tekstu z osobna, znać wszystkie występujące w nim słowa, sprawdzić wszystkie daty i poprawnie rozpoznać wszystkie zwierzęta, a mimo to kompletnie nie zrozumieć tekstu. Bo rozumienie wymaga również wiedzy, co w nim było ważne.

Nie wiem

Jest jeszcze jedno wyrażenie, które w epoce nadmiaru informacji zrobiło zaskakującą karierę.

„Wiem”.

Wiemy wszystko. Natychmiast. Po przeczytaniu nagłówka. Po obejrzeniu trzydziestu sekund filmu. Po przeczytaniu komentarza człowieka, który przeczytał komentarz kogoś, kto podobno widział cały materiał. Znacznie rzadziej mówimy:

„Nie wiem”.

Albo:

„To możliwe”.

„To prawdopodobne”.

„Nie mam wystarczających danych”.

„Z tego, co wiemy, można wyciągnąć taki wniosek, ale istnieją również inne wyjaśnienia”.

Brzmi słabo. Nie nadaje się na nagłówek. Nie wywołuje burzy. Nie daje poczucia zwycięstwa. A przecież właśnie takie zdania bywają oznaką znacznie głębszego rozumienia niż najbardziej stanowcze

„wiem!”.

Człowiek naprawdę rozumiejący tekst potrafi bowiem zrobić coś więcej niż go przeczytać. Potrafi myśleć na jego podstawie, nie wkładając do niego tego, czego w nim nie ma. Potrafi odróżnić fakt od przesłanki. Przesłankę od wniosku. Wniosek konieczny od prawdopodobnego. Prawdopodobieństwo od możliwości. Możliwość od spekulacji. Spekulację od plotki. A plotkę od faktu, nawet jeśli plotkę opublikowano już dwieście razy.

Im dalej wychodzi poza literalną treść tekstu, tym bardziej pamięta, gdzie kończy się tekst, a zaczyna jego własne rozumowanie. To chyba jedna z najważniejszych granic, jakie zgubiliśmy.

Obłęd nadmiaru

Żyjemy bowiem nie w epoce braku informacji. Żyjemy w epoce jej obłędu. Informacja jest łatwa, szybka, tania i wszechobecna. Prawdziwa miesza się z fałszywą. Wiadomość z komentarzem. Komentarz z interpretacją. Interpretacja z przypuszczeniem. Przypuszczenie z plotką. Plotka z manipulacją. A wszystko wygląda niemal identycznie na ekranie telefonu.

Nigdy wcześniej tak wielu ludzi nie miało tak łatwego dostępu do tak ogromnej części ludzkiej wiedzy. I być może nigdy wcześniej tak wielu nie myliło dostępu do wiedzy z jej posiadaniem. Bo dobrem rzadkim przestała być informacja. Dobrem rzadkim stała się uwaga. Jeszcze rzadsza jest cierpliwość. A zupełnym luksusem — gotowość dopuszczenia możliwości, że fakt, który właśnie poznaliśmy, nie potwierdza tego, w co wcześniej wierzyliśmy.

Dlatego coraz częściej nie czytamy, żeby zrozumieć. Czytamy, żeby znaleźć potwierdzenie. A czasami nawet nie czytamy. Wystarczy nazwisko. Nagłówek. Zdjęcie. Jedno słowo.

Małpka. Hipopotam. Lewo. Prawo.

I już wiemy.

Tymczasem… Coś swędzi mnie za uchem. Drapię się. Rzeczywiście. Komar jednak ugryzł. Kiedy? Nie zauważyłem. Byłem zajęty hipopotamem. Ktoś właśnie tłumaczył, że hipopotam niczemu nie jest winien. Ktoś inny domagał się dowodów na jego obecność. Jeszcze ktoś próbował ustalić, czy małpka znała hipopotama osobiście. Drapię się więc za uchem, jeszcze trochę znieczulonym po ukąszeniu, i zaczynam się zastanawiać:

— Właściwie… co im ten hipopotam złego zrobił?

I chyba właśnie wtedy osiągamy stan idealny. Komar ugryzł. Ucho swędzi. Małpka zajęła dyskusję. Hipopotam został oskarżony. Eksperci wiedzą, z której strony przyleciał komar. Media wiedzą, dlaczego. Komentujący wiedzą, kto za nim stoi. A nikt już nie pamięta, od czego zaczęła się rozmowa.

Coś kręciło się wokół mojej głowy. Dźwiękiem przypominało komara. Było babie lato. Za drzwiami pajęczyna krzyżaka łapała nieuważnych gości. Ten przeleciał. I tyle naprawdę wiedzieliśmy. Resztę dopowiedzieliśmy sobie sami.

A hipopotam? Hipopotam nadal jest na rysunku. I naprawdę niczego złego nie zrobił.

Post Scriptum

Barbarzyństwo nie zaczyna się wtedy, kiedy człowiek nie potrafi czytać. Zaczyna się wtedy, kiedy potrafi, ale nie uważa już, że warto przeczytać do końca. Hun współczesności nie pali biblioteki. Ma ją w telefonie. Po prostu nie ma czasu jej przeczytać.

Coda

Jerzy Waldorf

— Bogusławie, co to jest współczesna ignorancja?

Boguslaw Schaeffer

— Ignorancja? Hm… Kiedyś napisałem podręcznik o muzyce współczesnej. Nowoczesnym, na wpół stworzonym dla jej metodologii językiem. Myślałem, że wywoła także dyskusję o granicach pojęć, jakimi można opisać muzykę.

Jerzy Waldorf

— I?

Boguslaw Schaeffer

— Ocenzurowano.