Każda szanująca się uczelnia powinna posiadać własną kopalnię i coś z ziemi wydobywać, choćby i samą ziemię – powiedział do nieistniejącej sekretarki Woźny. Od lat chodził do rektora po prośbie w tej sprawie. Mówił – niech i będzie brzydka i niedorozwinięta, a nawet przesadnie mała, byleby tylko była – wypraszał u rektora.
– A co z kopalnią – zmienił temat rektor – wydobywacie coś jeszcze?
– Owszem, ale wciąż tylko ziemię, glinę i piasek. Tylko do tego się dokopaliśmy. Ale mamy plany rozwojowe – podkreślił Woźny uderzywszy z całej siły w twarz swojego asystenta dla podkreślenia swojego statusu. Asystent ani nie mrugnął jak gdyby codziennie z pokorą znosił tego typu publiczne upokorzenia. Po powrocie do domu bil za to swoje dzieci oraz dzieci sąsiada.
– To słabo trochę. Bo po co nam ziemia, glina i piasek? Nawet nie ma komu tego sprzedać – westchnął rektor. – Kopcie szybciej i głębiej – rozkazał.
– Podwoję zatem liczbę górników – zadeklarował Woźny – i sprawię, że także sekretarka naszego dziekana będzie ryć pod ziemią jak kret, krecica znaczy. – dodał i sprawiło mu to wielką satysfakcję. Jak nie mam własnej sekretarki, to inne upokorzę chociaż – powiedział sam do siebie.
– A ci górnicy to ze Śląska są? – zapytał Woźnego z ciekawości rektor.
– Tak średnio, bo głównie z północnego Mazowsza, ale wszyscy kiedyś w swoim życiu na Śląsku byli. Zresztą nieistotne to, bo oni ryją w ziemi jakby się kretami urodzili. Po robocie szybki prysznic i chyc do łóżka, znaczy na karimatę i głośno chrapią. Śpią pokotem w garażu podziemnym, na co pan rektor zezwolił. Łaskawie zezwolił. I nie spożywają po pracy alkoholu lecz głośno bawią się popijając gazowaną wodę mineralną.
– Kilometr pod powierzchnią to już chyba jesteście? – zapytał rektor Woźnego.
– Tak średnio tak, mniej więcej, tak pi razy oko. – Odpowiedział Woźny.
– To znaczy ile konkretnie – dociskał rektor.
– No tak 10-15 metrów, ale teren jest trudny do eksploatacji. Nie możemy za szybko kopać, żeby budynek się nie zawalił. Poza tym za mało mamy górników. A tych, co ich mamy, to leniwi są. Jak schodzę pod ziemię na kontrolę to często śpią i jak ich pytam dlaczego śpią w miejscy pracy, to odpowiadają, że im nocy nie starcza. No i pod ziemią spożywają Amarenę.
– Płytko bardzo, myślałem, że kilkaset metrów, a wy mi tutaj z kałuży robicie ocean. Jak uniwersytet ma funkcjonować z taką płytką i ośmieszającą go kopalnią? – srogo powiedział rektor.
– Proponuję zwiększyć liczbę górników. Poprzez uwalenie na egzaminach większej liczby studentów. Bo to głównie oni przychodzą do nas z zapytaniem, czy nie dałoby się do czegoś dokopać. Nakładamy na nich strój górniczy, dajemy lampę i młotek. I prowadzimy do dołu. – powiedział Woźny.
– A jak wygląda kwestia ich wyżywienia? – zapytał rektor.
– Normalnie, pod wieczór szefowa stołówki wrzuca do dołu resztki jedzenia i jak sama twierdzi – podnieca się mlaskaniem tych co są w dole. Czasami dorzuca gratisowo zużyte torebki po herbacie. Bo można je jeszcze raz zaparzyć. – odpowiedział Woźny.
Tymczasem kopalnia funkcjonowała normalnie. Piasek, ziemię i glinę wymieniano na powierzchni za alkohol, ale na powierzchni panowała całkowita abstynencja i głośnie zabawy przy gazowanej wodzie mineralnej.
Zostaw komentarz