Polityczna pamięć w Polsce bywa zaskakująco krótka. Dziś Donald Tusk chętnie występuje w roli obrońcy bezpieczeństwa państwa, ostrzega przed zagrożeniem ze Wschodu i kreuje się na polityka twardego wobec Kremla. Problem polega na tym, że wielu Polaków pamięta jego wcześniejsze decyzje i słowa.

To właśnie za jego rządów z mapy kraju znikały kolejne jednostki wojskowe, a garnizony w wielu miastach zamykano w imię „reform” i „racjonalizacji”. Zamiast konsekwentnego wzmacniania potencjału obronnego państwa obserwowaliśmy redukcję armii i przekonanie, że w Europie nastała epoka trwałego spokoju.

Jeszcze bardziej wymowne są jednak słowa samego Tuska po spotkaniu z prezydentem Rosji, . Premier Polski powiedział wtedy:
„Prezydent Putin nie jest entuzjastą tego projektu. Doceniacie państwo delikatność mojego sformułowania. Ale, co oczywiste, uznał autonomiczne prawo Polski do decydowania, czyje i jakie instalacje obronne na terytorium naszego kraju będą się znajdować”.

Warto pamiętać o kontekście tych słów. Padły one jeszcze przed wizytą Donalda Tuska w Stanach Zjednoczonych i przed decyzją o zablokowaniu projektu amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce. Wtedy tłumaczono to pragmatyzmem i dyplomacją. Dziś – po latach rosyjskiej agresji i brutalnej polityki Kremla – te wypowiedzi brzmią jak symbol epoki złudzeń i hipokryzji.

Dlatego gdy Donald Tusk dziś występuje w roli strażnika bezpieczeństwa i mówi o konieczności wzmacniania obronności, wielu ludzi zadaje sobie pytanie: czy jest to rzeczywista zmiana podejścia, czy jedynie polityczna korekta narracji dostosowana do nowych czasów?

Historia polityczna ma jedną niewygodną cechę – nie znika tylko dlatego, że ktoś wolałby, aby o niej zapomniano.