Czyli moja „siekierezada” w melioracji.

Nie byłem wrażliwym poetą gdy trafiłem do melioracji jak Edward Stachura do lasu, ale zagubionym, młodym człowiekiem przeżywającym swój okres „chmurny i durny”.

Było to z okładem prawie pięćdziesiąt lat temu gdy ojciec postanowił, że dosyć życia na ich koszt. Powiedział „jak chcesz żyć po swojemu, to zapracuj na siebie i się ucz jednocześnie” i załatwił mi pracę robotnika fizycznego w przedsiębiorstwie melioracyjnym w Chojnicach.

Nie dojeżdżałem jednak z Wyrzyska do Chojnic, ale pracowałem na różnych budowach realizowanych przez tę firmę. Najdłużej, przy budowie stawów rybnych.  Pod Występem. Wsi położonej trzy kilometry od Nakła nad Notecią i dwa, od Potulic.

Każdego ranka, autobusem o szóstej rano dojeżdżałem do Nakła, a stamtąd następnym, do Występu. Potem jeszcze ze dwa kilometry przez las do naszych baraków, w których spali inni robotnicy, a ja mogłem się przebrać w robocze ciuchy.

Zimą to była ocieplana kufajka, takież spodnie i walonki, kalosze otulone od środka filcową wkładką. Na głowę, tak zwana „uszanka”. Wszystko, z wyjątkiem butów, w kolorze niebieskim. Krzyk mody w Chinach, w czasach Mao.

Moje towarzystwo przypominało jednak trochę to z książki Stachury.

Był starszy, schorowany już majster, który palił jak smok papierosy bez filtra. Bodajże „Sporty”. Zrobione z takiej machory, że latem, gdy je palił, komary z okolicznej rzeki i rowów same, od ich smrodu i dymu, spadały na ziemię. Były doskonałym repelentem choć jego użycie, odbijało się na płucach majstra.

Był też kurduplowaty, „napakowany” „mięśniak”, z bicepsami jak obwód anakondy i móżdżkiem pierwotniaka. Ciągle tylko opowiadał o swych miłosnych podbojach, choć trudno uwierzyć, że takiego pokurcza któraś by chciała dla jego urody. Dlatego sprowadzał sobie panienki z Nakła, albo Bydgoszczy i przyjmował je w swojej „rezydencji” czyli barakowozie opalanym zimą „kozą” i brudnym jak nieszczęście.

Najgorsze były zimy, wtedy jeszcze bardzo mroźne. Po pół godzinie, jak mawiał „mięśniak” robił się „szron na jajach”. Puszki z posiłkiem regeneracyjnym, herbata w kotle, kanapki, zamarzały na kość. Trzeba było się ratować paleniem ognisk, które i ciut ogrzewały i można było odgrzać na nich zupę z puszek.

Wiązaliśmy wtedy faszynę, z długich, leszczynowych, witek w takie wielkie snopki, służące do umacniania brzegów stawów. Najgorsze było to, że do związywania tych wiązek trzeba było użyć metalowego drutu, który, gdy tylko przez nieuwagę zdjęło się rękawice, parzył w dłonie jak ogień.
Bywałe dni, że miałem odmrożone wszystkie palce jakbym przebywał nie w środku Krajny, ale na biegunie.
Nie tylko ja zresztą, ale nie dawało się wiązać wiązek w rękawicach.

Pewnego razu znudziła się nam zupa regeneracyjna z puszki. Zresztą do wyboru były tylko dwa rodzaje, albo paskudna pomidorowa, albo, jeszcze gorsza, fasolowa. Majster wpadł na pomysł by zrobić sobie taką prawdziwą, z kotła, nad ogniskiem.
Najprostszą był krupnik bo kaszy i ziemniaków było w bazie pod dostatkiem.

Problem był z mięsną „wkładką”.

Majster wpadł na pomysł by kupić coś od chłopa, którego gospodarstwo, jako jedyne, się jeszcze na budowie stawów ostało.

Wysłał po zakupy mnie, bom „inteligent” i „mięśniaka” bo silny. Chłop początkowo nie chciał nic sprzedać, ale jak zobaczył gotówkę i pół litra bimbru przywiezionego przez majstra z domu, to na ich widok aż mu się oczy zaśmiały.
Wprowadził nas do spiżarni przy domu. A w niej, przyczepione do powały, wisiało kilka długich pasków wędzonych żeberek świńskich.
Kupiliśmy dwa. Ważyły razem ze dwa kilogramy. Porządne, tłuste z mnóstwem mięsa, a nie takie jak dziś, same wędzone gnaty.

Po powrocie na budowę rozpaliliśmy wielkie ognisko. Z metalowej puszki po oleju (jadalnym) zrobiliśmy garniec. Drut za pałąk robił i gotowe.
Można było powiesić nad ogniskiem garniec z wodą, żeberkami, liśćmi laurowymi i zielem angielskim. Znalazł się nawet jakiś suszony grzyb dla lepszego smaku i suszona włoszczyzna. Gdy mięso już było gotowe, co organoleptycznie sprawdził „mięśniak” dodaliśmy pęczku. I krupnik był gotowy.

Jedliśmy, a właściwie piliśmy go, z puszek. Wyławiając paluchami gorące, pyszne kawałki wędzonych żeberek.
Myślę, że dostaliśmy wtedy przynajmniej jedną „gwiazdkę” Michelina. A co.