W zeszłym tygodniu, po wejściu do budynku uniwersytetu, chciałem jak zwykle kupić kawę w automacie. Zauważyłem jednak, że jej cena wzrosła z 3,50 zł do 5 zł. Uznałem, że jednak mnie na nią nie stać.
Profesor zwyczajny w „tym kraju” zarabia 6000 zl na rękę. Pensja stoi w miejscu od kilku lat. I często pracuję siedem dni w tygodniu. I państwo, i coraz bardziej jego zidiociała ludność, mają na to wywalone, czego najlepszym przykładem jest mianowanie na ministra szkolnictwa wyższego kulturowego analfabety.
Od lat pluje się nam w twarz, rzyga i sra ku uciesze tego czy innego elektoratu. W tym czasie przyjacele wladzy gównowiedzący zarabiają po kilkakroć więcej.
Te 30% obiecanej podwyżki to raczej na waciki będą. Tu trzeba podwyżki o 130%, żeby nie utracić najzdolniejszych naukowców.
Wcale nie zdziwię się, że za kilka miesięcy połowa kadry naukowej z miesiąca na miesiąc wyloguje się z uniwersytetów.
Zostaw komentarz