Czasami zastanawiam się, czy w Polsce nie trzeba na nowo zdefiniować znaczenia męskości. Przez lata dominowało przekonanie, że mężczyzna to ktoś silny, zdeterminowany, gotów do walki, a w razie potrzeby potrafiący „dać w mordę”. Dla mnie jednak wyżej od siły fizycznej i agresji plasuje się coś znacznie trudniejszego do osiągnięcia: odpowiedzialność. Odpowiedzialność, która przejawia się nie w słowach czy pokazach siły, ale w codziennych decyzjach – w relacji z najbliższymi, w pracy, w polityce, a przede wszystkim w tym, jak mężczyzna traktuje swoje obowiązki wobec dzieci, kobiet i społeczeństwa.
Ostatnia rekonstrukcja rządu miała dać nadzieję na powiew świeżości, ale w rzeczywistości wymieniono tylko zepsute owoce na inne, może nieco mniej nadpsute, ale nadal pochodzące z tej samej skrzynki. W tej całej operacji odnowy szczególną uwagę zwraca jedna nominacja – Waldemara Żurka na stanowisko ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Człowiek, który całe swoje zawodowe życie budował jako sędzia, dziś wchodzi bezpośrednio na najwyższe piętra politycznej władzy. Sam fakt, że czynny sędzia obejmuje tak jawnie polityczne stanowisko, to sygnał ostatecznego przekroczenia granic między trzecią władzą a rządem. W oczach wielu osób to kolejny dowód na to, że sędziowskie środowisko, zwane niekiedy pogardliwie kastą, dawno już porzuciło ideał apolityczności, na rzecz wpływów, sojuszy i medialnych występów.
Ale to nie polityczny aspekt tej nominacji budzi mój największy niepokój. Znacznie więcej mówi o człowieku to, jak postępuje w życiu osobistym, niż jak przemawia z mównicy sejmowej. A tu historia Żurka staje się – niestety – przykra i symboliczna. Minister sprawiedliwości kilka lat temu rozwiódł się z żoną. Rozwody się zdarzają, to nie dramat, ale test. Test wartości i charakteru. W wyniku ustaleń rozwodowych Żurek miał spłacać raty kredytów zawartych w trakcie trwania małżeństwa, w zamian za to był zwolniony z obowiązku płacenia alimentów. Już ten układ budzi pytania – nie do końca prawne, ale etyczne. Bo czy można rozliczyć się z ojcostwa jak z udziałów w firmie? W porządku, jeśli obie dorosłe strony się na to zgodziły, można jeszcze udawać, że wszystko jest w porządku. Ale sprawa nie kończy się na tym.
Po czasie okazało się, że sędzia – już jako były mąż i nadal ojciec – wystąpił wobec swojej córki z roszczeniem o zwrot rzekomo „nadpłaconych” przez niego alimentów. Według jego wyliczeń, jest mu winna 20 tysięcy złotych. I to już nie jest codzienna historia sądowej walki o pieniądze. To opowieść o granicach – a właściwie o ich przekraczaniu. Alimenty nie są ani grzecznościową taryfą, ani gestem dobrej woli. To obowiązek wobec dzieci. I nie chodzi tu w pierwszej kolejności o pieniądze, ale o wzorzec, przykład, odpowiedzialność. Każdy facet powinien zrozumieć, że nawet rozpad związku nie zwalnia go z troski o rodzinę. A pieniądze – choć istotne – to tylko narzędzie, żeby dzieci mogły rosnąć w poczuciu bezpieczeństwa i stabilizacji.
Tymczasem do sądu idzie nie tylko ojciec, ale także sędzia, prawnik, człowiek z silną pozycją w środowisku. Zamiast pomóc dziecku – pozywa je. Nie po to, by coś odzyskać, ale jakby po to, by coś odebrać. Odebrać moralny fundament ojcostwa. Cynicznie wykorzystuje narzędzia, które zna na wylot. A przecież zawsze wydawało mi się, że rodzice z pokolenia moich rodziców robili wszystko, by dzieci miały lepszy start – wynosili z zakładów pracy nadpalone kartki z zeszytów, zużyte długopisy, drukowali testy na uczelnianych xero. A tu? Sędzia, polityk, urzędnik państwowy z poczuciem wyższości prowadzi sprawę przeciwko własnej córce, jakby łączyła ich tylko kolejna sygnatura akt.
Zastanawiam się, gdzie w tej historii ukryła się odpowiedzialność. Ta, w moim odczuciu, najważniejsza cecha mężczyzny. Żurek może mieć rację prawną, może mieć rację formalną. Ale moralnie ta sprawa jest dla mnie nie do obrony. Bo granica między byciem ojcem a byciem urzędnikiem powinna przebiegać dokładnie tam, gdzie kończy się litera prawa, a zaczyna serce.
Tusk, powołując Żurka na ministra sprawiedliwości, dokonał wyboru nie tylko politycznego, ale i symbolicznego. To nominat, który na pewno spełni oczekiwania partyjnej bazy – pokaże determinację w rozliczeniach z dawną władzą, nie zawaha się użyć dostępnych środków, będzie „twardy”. I być może właśnie dlatego go wybrano. Ale co z państwem, które opiera się na takich ludziach? Co z młodymi mężczyznami, którzy szukają wzorców? Co z obywatelami, którzy chcieliby widzieć w władzy nie mścicieli, ale przewodników?
Żyjemy dziś w czasach, w których coraz częściej myli się siłę z brutalnością, wolę z arogancją, sprawiedliwość z zemstą. Nowy minister sprawiedliwości prezentuje postawę człowieka, który chętnie daje po twarzy – metaforycznie i literalnie – ale własne obowiązki moralne spycha gdzieś głęboko, poza zasięg sumienia. Dla mnie taki wzorzec męskości jest całkowicie fałszywy. Najważniejsze rzeczy, jakie mężczyzna może zrobić, to uznać błędy, ponosić konsekwencje, wyciągać rękę w stronę tych, za których los jest odpowiedzialny – nie tylko prawnie, ale po prostu: po ludzku.
Chciałbym żyć w kraju, w którym polityka nie nagradza ludzi za cynizm, lecz za honor. W którym nominacje nie są sygnałem odwetu, lecz nadzieją na pojednanie. W którym urząd państwowy nie jest miejscem do załatwiania swoich porachunków, ale przestrzenią służby. Może to naiwne. Może idealistyczne. Ale jeśli przestaniemy wymagać od naszych liderów minimum przyzwoitości – to co nam zostanie poza bezsilną złością?
Bo prawdziwy mężczyzna nie idzie z dzieckiem do sądu o pieniądze. Tylko dba o to, by nigdy do takiej sytuacji nie doszło.
Zostaw komentarz