Lawasz, to ormiański chleb, który wypieka się w Armenii od niepamiętnych czasów. Jedenaście lat temu został wpisany na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Ale nie muszę lecieć do Armenii by go jeść, bo piecze się go w mojej wsi, w Sadowej.

Ilekroć przechodzę ul. Strzelecką, obok piekarni Hay Lawasz dobiega mnie stamtąd zapach chleba.

Kręci w nosie i zaostrza apetyt.
Sprawia, że robię się od razu głodny.

W Armenii jadłem go o każdej porze dnia.
Na śniadanie, do pysznych serów kozich i owczych podawanych z oliwkami, dopiero co zerwanymi z drzewa figami i kawą.
Na obiady, do jagnięciny podawanej na różne sposoby.
Duszonej, z grilla, mielonej i zapiekanej z serem i warzywami.
I oczywiście na kolację.

W ciągu dnia zawsze miałem w plecaku kilka jego kawałków.
Wypieczonego z rana, przez naszą gospodynię w Garni.
Idealna przekąska podczas spacerów wąwozem rzeki Azad.

Nie zawiera żadnych konserwantów czy wzmacniaczy smaku.
Tylko mąkę pszenną, sól, wodę i drożdże.
Nie kroi się go, a szarpie z długich i cienkich kawałków.

Może służyć jako łyżka czy widelec do zbierania potraw, palcami, z talerza.
Bo używanie sztućców jest wymysłem Zachodu.
Prawie cała Azja, Afryka, Bliski Wschód jedzą rękoma bo wtedy jedzenie najlepiej smakuje.

Od pewnego czasu możemy go kupować w Sadowej.
Rzut beretem od mego domu.

Takie nasze, lokalne, multikulti.