18 lipca 1991 roku. Kartka w kalendarzu Michała Tadeusza Falzmanna pozostaje pusta. Nie zdążył już niczego dopisać.

Po rozległym zawale serca był reanimowany. Półprzytomny, w ostatnich chwilach życia, miał powiedzieć do lekarza słowa, które do dziś poruszają swoją prostotą i ciężarem: „Liczę dni samotności w tej walce.” Kilka godzin później, około godziny 15.00, w czwartkowe popołudnie, Michał Falzmann zmarł w szpitalu.

Jego śmierć od lat budzi pytania i emocje. Wiadomo również, że nie przeprowadzono sekcji zwłok – decyzja ta stała się jednym z elementów późniejszych dyskusji i spekulacji. Sam fakt odmowy wykonania sekcji pozostaje bezsporny, lecz wyciąganie z niego dalej idących wniosków wymaga ostrożności i nie znajduje jednoznacznego potwierdzenia w dostępnych źródłach.

Jednak niezależnie od sporów wokół okoliczności śmierci, pozostają jego własne słowa. Już 21 kwietnia 1991 roku zapisał dramatyczną ocenę sytuacji, twierdząc, że „władza jest nadal w rękach KGB w Polsce”, a także: „Dalsza praca [w Najwyższej Izbie Kontroli] to osobiste śmiertelne niebezpieczeństwo. Szans na sukces nie widzę żadnych.”

Były to słowa człowieka przekonanego, że prowadzi nierówną walkę. Człowieka, który – niezależnie od tego, jak dziś ocenia się jego diagnozy polityczne – czuł się osamotniony i pozostawił świadectwo własnych obaw.

Michał Falzmann był inspektorem Najwyższej Izby Kontroli, który prowadził czynności kontrolne dotyczące tzw. afery Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ). To właśnie w trakcie badania działalności FOZZ natrafił na ślady skomplikowanego mechanizmu wyprowadzania ogromnych środków publicznych za granicę oraz sieci powiązań osób ze świata finansów, służb specjalnych i polityki. Jego ustalenia należały do pierwszych, które ujawniły skalę nieprawidłowości w jednej z największych afer gospodarczych początku III Rzeczypospolitej. Praca nad tą sprawą uczyniła go jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci związanych z wyjaśnianiem afery FOZZ.

Trzydzieści pięć lat po tych wydarzeniach trudno oprzeć się refleksji, że pamięć o Michale Falzmannie pozostaje zaskakująco skromna. Nie ma ulic jego imienia w największych miastach, nie ma pomników ani szerokiej obecności w publicznej pamięci. Dla jednych jest symbolem bezkompromisowego urzędnika państwowego, dla innych postacią związaną z jedną z najbardziej kontrowersyjnych spraw początku III Rzeczypospolitej. Niezależnie od ocen, jego działalność i los pozostają częścią historii polskiej transformacji, która nadal wywołuje spory.

Najbardziej przejmujące pozostają jednak nie polityczne interpretacje, lecz ludzki wymiar tej historii. Człowiek, który zapisał, że nie widzi szans na sukces. Człowiek, który w ostatnich chwilach mówił o samotności. Człowiek, którego najbardziej zabrakło jego najbliższym.

Bo pamięć nie zaczyna się od pomników. Zaczyna się od ludzi, którzy nie pozwalają zapomnieć.

Michał Tadeusz Falzmann żyje w pamięci swojej żony, swoich dzieci oraz wszystkich, którzy uważają, że służba państwu wymaga odwagi, nawet gdy oznacza samotność. A dla wierzących pozostaje również nadzieja, że jego droga nie zakończyła się 18 lipca 1991 roku, lecz znalazła swoje dopełnienie w domu Ojca.