– To wyście przyjęli starego Rumuna na oddział dwa dni temu? – zapytał nerwowo pielęgniarkę ordynator z oddziału chorób wewnętrznych.

– Owszem, z SOR-u go tutaj przywieźli. – odpowiedziała pielęgniarka. A dlaczego pan ordynator pyta o niego jeśli można wiedzieć?

– Nie pani sprawa, gdzie on teraz jest? – odparł niegrzecznie ordynator.

– Pozwolą państwo, że się wtrącę – powiedział pielęgniarz w pokrwawionym fartuchu wyrzucając kiepa przez lekko uchylone okno, przy którym zwykł zawsze palić papierosy bez filtra. Urywał bibułę z fajek i palił bez filtra, mówiąc wszystkim, że papierosy z filtrem są dla słabych. – Dlaczego pan pytasz o naszego Rumuna? – powiedział głośno stawiając wyraźnie akcent na „naszego”.

– Ależ buńczuczny typ – powiedział nieco speszony asertywnością pielęgniarza ordynator. – Chodzisz Pan stale w tym pokrwawionym fartuchu jak ostatnia łajza w tym szpitalu – dogryzł pielęgniarzowi.

– Będę się ubierał w co chcę i kiedy chcę, nikt mnie stąd nie wyrzuci bo jestem jakoby zespawany z tym szpitalem. Moja rodzina pracuje tu od siedmiu pokoleń. Niejedno widzieliśmy, my ze szpitala zasadniczo nie wychodzimy. Jak ja mam wolne to wtedy zastępuje mnie mój brat Gerard. On chodzi w czystym fartuchu, ja wolę te wiecznie zakrwawione, bo wzbudzają respekt u pacjentów.

– OK, OK – powiedział ordynator, ale możecie mi chociaż pokazać tego starego Rumuna? – spuścił z tonu ordynator z oddziału chorób wewnętrznych.

– Oddział Chirurgii Urazowo-Ortopedycznej to ani ZOO, ani cyrk. Nasi pacjenci są naszą prywatną sprawą. Operujemy ich, część operacji udaje się, druga część tak średnio – spojrzał wymownie z szyderczym uśmieszkiem w stronę swojego asystenta pociągającego wódkę orzechówkę 39% w kącie korytarza. Z tych nieudanych operacji i tak część wychodzi na prostą i potem nam dziękuje, że ich nie zabiliśmy. A reszta? Wiadomo, znika z rejestru NFZ. Przechodzi w stan zasłużonego spoczynku.

– Stary Rumun to wasza prywatna sprawa? – zapytał oniemiały ordynator.

– Tak, a co? – wypiął się pielęgniarz stając na palcach, żeby wzrostem dorównać ordynatorowi.

– Poza fajkami, coś jeszcze z Żabki trzeba, bo idę? – zapytał pomocnik pielęgniarza.

– Weź litrową Finlandię, uczcimy jak trzeba przyjęcie tego kraju do NATO – odpowiedział błyskawicznie pielęgniarz. – Tylko żapsy mi nabij na aplikacji, bo w weekend będę mieć za free hotdoga z serem jak zejdę ze służby. Grubo sobie tej nocy popijemy – powiedział uradowany pielęgniarz.

– Widzę panowie, że na waszym oddziale szerzy się grube pijaństwo – powiedział z przekąsem ordynator z oddziału chorób wewnętrznych.

– Słuchaj pan – tylko bez takich docinków – tu się zawsze piło i paliło, na naszym oddziale. Alkohol usuwa z nas zmęczenie i sprawia, że jesteśmy bardziej komunikatywni i spolegliwi względem pacjentów. Odkąd zacząłem pić w pracy, stała się ona dla mnie prawdziwą radością. Piję sam, z asystentem, z pielęgniarkami oraz z wybranymi pacjentami. A jak pijemy to też palimy papierosy. I wyrzucamy kiepy przez okno. W anonimowych ankietach pacjenci piszą, że podziwiają nas za ten dystans do nałogu, który czyni nas bardziej ludzkimi w kontaktach z pacjentami. Tak więc panie ordynatorze, nie pijaństwo, lecz cywilizacja umiarkowanego picia. A to jest różnica! – podkreślił pielęgniarz w zakrwawionym fartuchu.

– Dobra, płacę 3 tysiące za zobaczenie starego Rumuna i dodatkowe 3 tysiące za możliwość położenia się na choćby 5 minut w jego barłogu, tym, który uwił z dwóch worków siana. – ewidentnie spuścił z tonu ordynator.

– 5 tysięcy za położenie się w barłogu – rzekł krótko i dosadnie pielęgniarz. – ale w gotówce, nie blikiem.

– Dobra, mam przy sobie pięć kawałków, proszę bardzo. – powiedział nerwowo ordynator.

– Kładź się Pan na legowisku starego Rumuna. Masz pan szczęście, że akurat pojechał windą na parter do rozmieniarki i walczy z nią od godziny, bo ona nie obsługuje rumuńskich banknotów. – powiedział asystent pielęgniarza, gdy ten zaciągał się kolejnym papierosem przy oknie, przeliczając banknoty otrzymane od ordynatora.

Ordynator z oddziału chorób wewnętrznych położył się w barłogu starego Rumuna, zwinął w kłębek i głośno oddychał. Otwierał szeroko oczy, by je następnie zamknąć i tak naprzemiennie. Tarzał się w sianie, a dobywszy czapkę pasterską starego Rumuna włożył ją sobie na głowę i zakrzyczał na cały oddział: „To ja jestem prawdziwym Rumunem, nikt inny”. Trwało to grubo ponad umówione 5 minut. Zaniepokojeni pacjenci zbierali się na korytarzu aby oglądać ekscesy ewidentnie zwariowanego ordynatora. Trwało to jakieś 30 minut. Następnie pojawiło się dwóch rosłych pielęgniarzy z oddziału neurologicznego i zabrało na obserwację ordynatora. Po znajomości wszystko się odbyło, bo jak wiadomo nawet najlepsi mogą mieć chwile słabości.

Tymczasem stary Rumun nie rozmieniwszy 100 lei na 50 dwuzłotówek, wrócił do swego legowiska i był zaskoczony tym, ze niemal wszyscy pacjenci przywitali go gromkimi brawami. Zwinął się w kłębek, wcześniej zajadając ser owczy, i zasnął, wcześniej serdecznie odmachawszy ręką pacjentom na korytarzu.

Tradycyjne pasterskie wołoskie legowiska mają niezwykłe właściwości lecznicze. Leczą wszystkie choroby: kardiologiczne, weneryczne, ortopedyczne, ginekologiczne, po prostu wszelkie. Nie każdy szpital w Polsce ma przywilej stworzenia takiego centrum terapii wszelakiej i leczenia wszystkich chorób, jak oddział chirurgii urazowo-ortopedycznej w Cieszynie, w Szpitalu Śląskim, w którym zmarł sam Edward Gierek.

Fot. Szpitalslaski.pl