O 6:59 z piskiem opon pod budynkiem Uniwersytetu zatrzymał się czarny Mercedes W123. Wyszedł z niego chudy i krępy człowieczek w czarnym skórzanym płaszczu z przymałym melonikiem na głowie. Sam do siebie mówił po niemiecku, ale do innych już po polsku. Podszedł do dyżurki, która mieści się zaraz przy wejściu, wyciągnął z aktówki urzędowe pismo i przedstawił ochroniarzowi.
– Jesteś pan zwolniony – mówił głośno upewniając się, że osoby wokół słyszą jego słowa. A tu proszę podpisać, że pan tu nigdy nie pracował – dodał.
– Ależ ja przecież pracowałem, mam na to świadków – protestował rozdygotany pracownik ochrony.
– Świadkowie już zostali zwolnieni i podpisali oświadczenie, że zapomną na wieki wieków, że pracowali na Uniwersytecie. – powiedział Likwidator. – Podpisuj Pan bo jak nie to zastrzelę jak psa i wyciągnął z kieszeni rewolwer.
– Podpiszę, ale szatniarza też zwolnicie, prawda? Bo on jest jeszcze bardziej niepotrzebny ode mnie i głupio byłoby mi przed własnymi dziećmi. – poprosił pracownik ochrony.
– Prośba jest bezprzedmiotowa gdyż kilka minut temu go zastrzeliłem na oczach studentów i studentek. Te ostatnie były wyraźnie podniecone pojawieniem się ludzkiej krwi na posadzce.
Likwidator nie był sam. Towarzyszył mu otyły karzeł w marynarce zapinanej na plecach. Nosił on za Likwidatorem różne dokumenty, często przypadkowe i nie mające nic wspólnego ze sprawą. Likwidator jednak lubił je wyciągać, wymachiwać nimi przed nosem i siarczyście przeklinać, a jak zachodziła taka potrzeba, to i strzelać z rewolweru.
– Idziemy do dziekana teraz – mruknął Likwidator do karła. – Prowadź bo nie pamiętam gdzie urzęduje. Bystro!
– Obecnie rezyduje na drugim piętrze, ale w dół, za karę, bo jego wydział dostał kategorię B. Teraz cały wydział siedzi pod ziemią. U niektórych pracowników pojawiła się kurza ślepota. Ale gabinet dziekana jest wzorcowo oświetlony. Mnóstwo jest tam lamp i lampek, a ponadto klimatyzator dostarczający powietrze znad powierzchni ziemi. Reszta pracowników przebywa w ciasnych, mrocznych i wilgotnych pomieszczeniach. Śmierdzą jak spocone szczury – powiedział karzeł.
– Pan jesteś tym dziekanem z poziomu -2? – zapytał Likwidator spostrzegłszy w oświetlonych odrzwiach zwalistą postać mężczyzny ubranego w biały garnitur, czerwony kapelusz i palącego dwa cygara na raz.
– Tak, a bo co? – powiedział niedbale Dziekan przygaszając w połowie dopalone cygaro dopiero co wypastowanym butem.
– Bo ja was mam za zadanie zlikwidować. Z naszych wyliczeń wynika, że jesteście niepotrzebni – powiedział Likwidator.
– A fizyków, biologów i historyków też likwidujecie? – zapytał Dziekan.
– Historyków nie, bo obiecali napisać historię na nowo. Rozumie pan, żeby było dobrze i racja nasza a nie naszych wrogów. A fizyków i biologów to w razie potrzeby kupi się za granicą. Na wyprzedaży jakiejś.
– No to co ja mam zrobić teraz? – zapytał bezradnie dziekan.
– Już nic, tylko przyglądać się i akceptować. – powiedział Likwidator. – Karzeł, zawezwij mi tytularnych, do sali 722. Ale niech nie siadają, tylko stoją, ja będę siedzieć.
– Swoje już w życiu wysiedzieli – powiedział nieco kąśliwie karzeł.
W pokoju 722 zebrał się nieliczny tłum profesorów tytularnych. Niemal wszyscy byli ubrani w marynarki z lat 70. i 80. XX wieku. Część woniała naftaliną. Likwidator nie pozwolił ani jednemu dojść do głosu, rozpoczynając spotkanie od słów:
Wy już swoje powiedzieliście, niekoniecznie mądre i pożyteczne były to myśli. Najwyższy czas zamilknąć. Nie potrzebujemy już was, profesorów. Jesteście bowiem jak bieg wsteczny w rozpędzonej ku świetlanej przyszłości lokomotywie. A my, ludzie postępowi, nie zamierzamy się cofać. – Zamknąć ich w piwnicy, niech już ich nie oglądam więcej – powiedział Likwidator do karła, który następnie wydał stosowne polecenia ochroniarzowi.
Tymczasem Likwidator przebywał w gabinecie Dziekana, gdzie przeglądał paląc jego cygara albumy zawierające zdjęcia z dzieciństwa Dziekana. Ten nalegał by szybciej przewijać strony dochodząc do jego dorosłości i osiągniętych sukcesów.
– Musimy pokazowo rozstrzelać kilkoro doktorantów. – Powiedział ze smutkiem Likwidator. – Wie Pan ja jestem zasadniczo przeciwko przemocy, a tego szatniarza to postrzeliłem przypadkiem. Niemniej nie możemy dopuścić do sytuacji, w której będzie nam się namnażać kadra naukowa. A doktoranci to być może przyszła profesura. Należy ich znieść w zarodku. Bezwzględnie i zdecydowanie.
Likwidator wręczył swój rewolwer karłowi i polecił rozstrzelać co trzeciego doktoranta. Na korytarzu. Karzeł zastrzelił wszystkich, z wyjątkiem jednej doktorantki, która obiecała mu, że zostanie jego żoną.
– Musimy zlikwidować uniwersytety – powiedział Likwidator. Ale nie całościowo. Po prostu usuniemy z nich naukowców i pozostawimy pion administracyjny. Do sekretarek nic bowiem nie mamy. Poza tym takie odchudzenie wyjdzie na dobre naszemu budżetowi – powiedział Likwidator pytając Dziekana, jak się tutaj dogasza cygara.
– Jeśli pan sobie życzy, można rzucić niedopałek na podłogę i przydusić butem. O wymianę wykładziny proszę się nie martwić. – pożegnał Likwidatora Dziekan.
Obraz Walter Frehner z Pixabay
Zostaw komentarz