Nie wiem jak Państwu, ale mnie starość przytrafiła się po raz pierwszy. Stąd się bierze moja skłonność do roztrząsania tego, do czego ona właściwie jest mi potrzebna? Tymi dywagacjami się z Wami dzielę, oczekując, iż kolektywna mądrość  podpowie mi jak sobie z nią radzić? Wstydliwie przyznam, że lubię być starym. Zresztą, wygląda na to, że będzie, a nawet już jest – najdłużej trwającym w moim życiu statusem. Jednak nie byłem w pełni do tego przygotowany, bo, stałem się starym jakby znienacka, głównie przez to, że zdjęto z moich ramion obowiązek zarabiania pieniędzy. Przestały się też mi podobać cudze żony i samochody. Rakiem też zacząłem się wycofywać z niemających racjonalnego uzasadnienia aspiracji, bycia kimś, kto coś znaczy w społecznym odbiorze. Zacząłem się cieszyć z samego istnienia. Najistotniejsze jest w tym to, że przestałem cokolwiek oczekiwać! Zostałem zapeklowany w galarecie trwania, którego czynnikiem konserwującym jest zdrowie. Na które prawdę pisząc, nie mogę specjalnie narzekać. Dzięki postępowi w medycynie wymieniłem pewne istotne fragmenty układu ruchu, resztę dysfunkcji wynikających z zużycia, niweluję elektroniką, plastikiem, pryzmatycznym szkłami, podpierając się laską. Ostatnio młoda kardiolog zapytała mnie, czy na pierwsze piętro wchodzę? Wchodzę… odpowiedziałem i pani doktor straciła zainteresowanie moim przypadkiem, a ja w tym dostrzegłem wyraźną dyrektywę, iż w pewnym wieku nie należy się pchać wyżej…