Nie wierzyłem, że to zrobi. Gdy jednak zrobił i oficjalnie oglosił, daremnie próbuję zrozumieć, co Donald Tusk ma nadzieję osiągnąć na krajowej scenie politycznej. Bo wybory, w których opozycja mogła wygrać przy urnach i odzyskać władzę w sposób demokratyczny, już się odbyły. Teraz demontaż demokracji poszedł dalej i PiS już, moim zdaniem, władzy nie odda w dającej się przewidzieć przyszłości.

Po pierwsze dlatego, że ma wielkie szanse wygrać wybory faktycznie. Ogromnej części Polaków polityka rządu się podoba, a aparat propagandowy dba o to, by szybko nie zmienili zdania. Kościół katolicki, osłabiony skandalami i coraz bardziej odrzucany przez młodych, wykształciuchów z miast i, szczególnie, przez emancypujące się kobiety, na prowincji trzyma się mocno; instrukcje z ambon w dniu wyborów niewiele stracą na skuteczności – a mogą nawet zyskać ze względu na efekt mobilizacji w sytuacji krytyki kościelnych instytucji.

Dadzą też o sobie znać skutki polityki nepotyzmu, dalekowzrocznie prowadzonej od początku przez Jarosława Kaczyńskiego. Każdy funkcjonariusz PiS wprowadza do urzędów i przedsiębiorstw jakkolwiek uzależnionych od państwa armię krewnych i pociotków. To są już setki tysięcy, albo więcej, ludzi. Ta gigantyczna rzesza zrobi przy urnach wyborczych wszystko, by obecny system obronić – tak jak kiedyś partyjna „nomenklatura” w PRL a później, na poziomie master, wiejskie kadry PSL. (Premier Pawlak pytany przez dziennikarzy, dlaczego zatrudnił matkę w straży pożarnej: „Zabijcie mnie, że mam matkę”)

Załóżmy jednak, że arcysprawnie prowadzonej przez Tuska opozycji uda się uzyskać przewagę głosów.

Strona rządząca ma do dyspozycji protesty wyborcze, komisje ponownie liczące głosy, okręgowe i centralną komisję wyborczą, wreszcie swoich sędziów. Jak to nie wystarczy, uruchomi prokuratorów.

Dalej są formacje siłowe, z wojskami obrony terytorialnej, posłuszna kadrą oficerską we wszystkich rodzajach sił zbrojnych, plus służby. Wszystko to może ruszyć do boju pod osłoną dzikiej kampanii propagandowej rządowych mediów.

Jeśli dojdzie do konfrontacji na ulicach, wygra ta strona, która dysponuje siłą. Opadną listki figowe, skończy się jawną pacyfikacją kraju – na długie lata.

Pozostaje mieć nadzieję, że Donald Tusk, który to, co powyżej, MUSI przecież znakomicie wiedzieć, ma jakiegoś asa w rękawie. Jakiś niezwykły plan, który cudownie przywróci do życia zamordowaną polską demokrację.

Chciałbym uwierzyć w cud na miarę Łazarza. Problem w tym, że moja świecka dusza ma do cudów stosunek sceptyczny. Najgorszy scenariusz jest taki, że facet który wdrapuje się na białego konia po kolejnym przegranym polskim powstaniu jest po prostu figurą romantyczną. To byłaby naprawdę fatalna wiadomość.

Autor: Mariusz Ziomecki
Polski pisarz, dziennikarz i publicysta. Do 1981 był dziennikarzem warszawskiej Kultury. W 1982 wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie pracował jako jeden z głównych komentatorów dziennika The Detroit Free Press. W latach 1998–2000 dzielił funkcję redaktora naczelnego dwutygodnika Komputer Świat z Wiesławem Małeckim. Następnie w 2003 roku objął funkcję redaktora naczelnego dziennika Super Express (w 2006 roku zastąpił go Tomasz Lachowicz). Redaktor naczelny tygodnika Przekrój od 2006 roku (kiedy zastąpił na tym stanowisku Piotra Najsztuba) do lipca 2007 (stanowisko przejął Jacek Kowalczyk). W latach 2007–2008 był redaktorem naczelnym Superstacji i prowadził program Rezonans. Od września 2008 roku wydawca programu Konfrontacje w Polsacie, a od maja 2009 do końca lutego 2010 redaktor naczelny serwisu publicystycznego redakcja.pl. Od listopada 2009 do maja 2010 był redaktorem sponsorowanego przez Narodowy Bank Polski serwisu internetowego ObserwatorFinansowy.pl i jednocześnie doradcą Prezesa NBP. Następnie pracował dla firmy kosmetycznej Inglot. Od 2014 na antenie Polsat News 2 prowadzi program publicystyczny Prawy do lewego, lewy do prawego. Ma dwójkę dzieci, córkę Zuzę i syna. Jego pierwszą żoną była Ewa Junczyk-Ziomecka.