Czytam podrzuconą przez właściciela na regale w bibliotece książek już niechcianych, ”Czego nie powiedział Generał Kiszczak” autorstwa Jana Widackiego i Wojciecha Wróblewskiego. Książkę, a właściwie z Widackim przeprowadzony wywiad, kiedy był wiceministrem spraw wewnętrznych wydany w 1992 r. który był w intencji autorów odpowiedzią na wyznania generała, który na początku transformacji ustrojowej w Polsce z tupetem ukrywał i zacierał prawdę o tym, że Służba Bezpieczeństwa była organizacją zbrodniczą. A przecież, jak we wstępie do niej napisał Jan Nowak-Jeziorański – „Nikt nie zmierzy morza łez ludzkich, bezmiaru nieszczęść i krzywd zadanych przez aparat bezpieczeństwa własnemu społeczeństwu. Nikt nie policzy ludzi niewinnie zakatowanych i straconych, bezprawnie uwięzionych, torturowanych, prześladowanych i zniesławionych. A także tych – którym bezpieka odebrała szacunek wobec samych siebie, zmuszając ich szantażem i terrorem do szpiegowania i donoszenia na współrodaków.
Jawne i niejawne demonstrowanie przez byłych funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa obecności i wpływów w politycznej rzeczywistości minionych 30 lat, przypomina mi — o moim, niechlubnym w tym procederze udziale. Wszystkiemu oczywiście winna była wtedy pycha, jaka rozpierała zwycięzców bezkrwawej rewolucji. A było to tak, w czerwcu 1990 roku osadzony zostałem na najniższym szczeblu zarządzania nową przestrzenią w położonej na odległych peryferiach naszego kraju — gminie. Wyposażony w słynną wtedy w samorządach kompetencję: co nie jest zabronione, jest dozwolone, miałem jako wójt zaspokajać wszystkie potrzeby mieszkańców i to licząc je — od poczęcia do… co najmniej dwadzieścia lat po śmierci.
W ferworze spraw, które należało wtedy załatwiać i rozwiązywać, oczywiście tylko pozytywnie – pojawiła się również inicjatywa ułatwiająca procedurę otrzymywania paszportów. Podeszli z nią do mnie bardzo ostrożnie — wiejski konstabl, przenicowany z milicjanta na policjanta, mimochodem zapytał mnie, czy mogę przyjąć pana majora. Oczywiście odpowiedziałem, major, nie major – przyjmuję przecież wszystkich.
No to umówił mnie za dwa dni na spotkanie, na które przyszedł mocno wyłysiały o nerwowym spojrzeniu i przymilnym uśmiechu blondyn, który bardzo uniżenie przedstawił się jako były szef SB w powiatowym miasteczku, negatywnie przez odpowiednią komisję do dalszej służby R.P. zweryfikowany … i że, on teraz chce również być przydatny w nowej rzeczywistości i dzięki swoim znajomościom może ułatwić otrzymywanie przez mieszkańców gminy paszportów. Wystarczy do tego, tylko żebym się zgodził na to, żeby raz w tygodniu mógł w jakimś kąciku urzędu gminnego przyjmować interesantów.
Facet się łasił i przymilał, mówił nawet o tym, jak się cieszy z naszego spotkania, że wiele o mnie dobrego słyszał … No i ja głupi i naiwny — się zgodziłem. A pomyślałem – świetnie. To nic, że z gościa kanalia, ale będzie przez ten interes kanalią użyteczną. Zaoszczędzi ludziom kosztów i czasu podróży do rejonowej i wojewódzkiej komendy, w których to pobierało się i składało wnioski, a następnie już w Opolu odbierało paszporty — za jedyne 20 zł opłaty.
Powiedziałem wtedy, owemu majorowi coś bardzo pompatycznego, o tym, iż każdy może odnaleźć swoje miejsce w nowej, wspaniałej rzeczywistości. W duchu dodałem jak Jezus do kobiety przyłapanej na cudzołóstwie … idź i nie grzesz więcej. Z dzisiejszej jednak perspektywy, myślę, że trzeba było go wtedy przegonić, poszczuć psami, nie ułatwiać budowania sieci wpływów i zbierania informacji.

Po latach dotarłem do akt IPN, z których wynika — iż ów major Józef Zwiech… interesował się moją osobą, często przeglądał moje w esbecji dossier, a nawet popędzał mojego od nich anioła stróża-sierżanta do roboty, zwracając mu uwagę, że nie ma w moim kwestionariuszu nowych wpisów.
https://katalog.bip.ipn.gov.pl/informacje/49668
Mea culpa, mea maxima culpa!
Zostaw komentarz