Keith Jarrett grał bowiem zawsze, gra i będzie grać na koncertach na sto procent a nawet znacznie więcej, bo należy do tych artystów i twórców, którzy swoje muzyczne powołanie rozumieją i wypełniają zawsze na serio. Dlatego ich muzyczne dzieło kosztuje ich samych tak ogromną ilość wysiłku i emocji, bo jest absolutnie autentyczne i zawsze w pełni oryginalne.

 

75 lat minęło jak jeden akord, groove lub wystrzał armatni… i dzisiaj możemy naprawdę tylko cieszyć się że 8 maja 1945 roku, w chwilę przed zakończeniem na świecie II Wojny Światowej*) przyszedł na świat w Allentown w Pensylwanii, USA człowiek, który wyjątkowo i niepowtarzalnie zmienił i rozwinął oblicze koncertowej sztuki pianistycznej XX i XXI wieku, wpisując swoje wszystkie niebywale wręcz dokonania koncertowe i wielkie osiągnięcia nagraniowe na karty historii światowej muzyki wielkimi zgłoskami i nutami. Świętujący dzisiaj swoje 75. urodziny słynny amerykański pianista jazzowy – Keith Jarrett może być z powodzeniem uznany za jedną z najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych osobowości muzycznych końca drugiej połowy poprzedniego i pierwszych dekad obecnego stulecia. Już choćby tylko to że jego koncertowy album „The Köln Concert” z roku 1975 r jest najlepiej sprzedającym się albumem solowym w historii jazzu i najlepiej sprzedającym się albumem pianistycznym wszech czasów jest ku temu wystarczającym powodem!

Sztuka solowej improwizacji fortepianowej, którą Keith Jarrett przez cale życie rozwijał, doprowadzając ją do nieskończonej wręcz perfekcji i blasku wyniosła go na szczyt popularności wśród słynnych pianistów jazzowych XX i XXI wieku sprawiając, że należy on dzisiaj do tej ścisłej światowej czołówki solowych artystów, na których koncerty pełen komplet biletów wyprzedawany jest zazwyczaj na dwa lata do przodu zaś jego każda kolejna publikacja płytowa pod szyldem wytwórni ECM, dla której nieodmiennie nagrywa i wydaje swoje albumy i płyty od połowy lat 70., staje się wydarzeniem muzycznym skupiającym uwagę koneserów i entuzjastów muzyki nie tylko jazzowej ale i klasycznej, zaś przede wszystkim jego sztuki, i każącym za każdym razem ciszyć się kolejnym zaskoczeniem i niespodzianką muzycznego dossier, jakie z wielkim wyrafinowaniem i smakiem oferuje na niej swoim słuchaczom.

Jarrett jest bowiem – i w tym leży bodaj najważniejsza część jego twórczej osobowości – artystą niesłychanie uniwersalnym i nie ograniczającym się do jednego rodzaju muzycznej wypowiedzi, czy nawet instrumentu, a poszukującym stale, na każdym swoim koncercie i w każdym kolejnym nagraniu dalszych twórczych środków wyrazu, do których realizacji wykorzystuje zarówno najbardziej wyrafinowane zdobycze współczesnej muzyki jazzowej, pogłębionej o ogrom doświadczeń kompozytorów muzycznej klasyki XX wieku jak i wiele leżących w korzeniach jego artystycznej estetyki impulsów płynących z muzyki ludowej, tanecznej, popularnej, sakralnej, symfonicznej, filmowej czy nawet czysto wokalnej. Można śmiało powiedzieć że ostatecznie jako koncertujący pianista-improwizator skupia w swojej muzyce elementy całej palety kulturowych i artystycznych osiągnięć człowieka, używając najczęściej właśnie fortepianu (bo grał i nagrywał przecież swoje utwory także na saksofonie, flecie, organach, klawesynie, klawikordzie i perkusji) do realizacji tych wszystkich idei w postaci spontanicznie i bez ograniczeń powstających improwizacji solowych. On nie tyle gra i wirtuozowsko wprawia w rezonans o najróżniejszych barwach i odcieniach fortepian, co z nim częstokroć rozmawia, dialoguje, żartuje, śmieje się, śpiewa wraz z nim, opowiada historie swojego życia i doświadczeń z inną, graną wcześniej własną czy usłyszaną muzyką innych artystów, a nawet dowcipnie komentuje dźwiękami refleksje ze swoich poprzednich koncertów i nagrań, których już w życiu dokonał.

A ma Keith Jarrett przecież co komentować i z czego wysnuwać kolejne refleksje, bowiem tych „zaledwie” 80 wydanych i opublikowanych dotychczas albumów, których powstanie miało miejsce na scenach i w studiach całego świata, to jedynie naprawdę tylko reprezentatywny fragment jego artystycznych dokonań koncertowych, pośród których do najbardziej sławnych utworów z początków tej wielkiej już kariery solowej należy przecież THE KÖLN CONCERT – powstały i nagrany około północy w kolońskiej operze 24 stycznia 1975 z poprzedzającymi to wydarzenie sensacjami organizacyjnymi i humorami rozczarowanego pechowym instrumentem artysty, opublikowany jednak w niewiele tygodni później jako dwupłytowy album potężny trzyczęściowy utwór, który błyskawicznie podbił świat nie tylko miłośników jazzu, ale też miłośników klasyki fortepianowej i uratował jego wydawcę – młodą firmę ECM (Edition of Contemporary Music) i jej szefa – Manfreda Eicherta od plajty, wynosząc jego markę fonograficzną i jej głównego artystę na szczyt jazzowej i muzycznej popularności. Ale to tylko właśnie, choć niezmiernie ważny w karierze Jarretta, ale zaledwie fragment jego bogatej muzycznej opowieści, w której obok tak niezwykłych wyczynów jak w rok później wykonane i nagrane solowe koncerty z Japonii z roku 1976 z których powstał imponujący pięciopłytowy album Sun Bear Concerts, czy dziesiątek płyt nagranych na koncertach w Keith Jarrett Trio, występującym niezmiennie od lat 80. w składzie z Garry Peacockiem i Jackiem Do Johnette, do których wielkich osiągnięć należy sześciopłytowy cykl nagrań w słynnym jazzowym klubie w Nowym Jorku – Live At The Blue Note, prezentują się także znane nagrania z lat 70. w hippisowskich kwartetach z saksofonistą Janem Garbarkiem, Jonem Christensenem i Pale Danielssonem, dla których okrętem flagowym jest wspaniały, muzycznie wręcz poetycki album Personal Mountains czy też niezwykle piękna, liryczna My Song lub zwariowane, dynamiczne, awangardowe improwizacje z wielkiego albumu Nude Ants, na którym doszedł do głosu idiom fascynacji duchem muzyki orientalnej i afrykańskiej, charakterystyczny dla schyłku dekady lat 70. XX wieku.

Jarrett, mimo wypracowanego sobie koncertowo miana wielkiego solisty fortepianu współpracował przecież także często z innymi znanymi muzykami jazzowymi i klasycznymi, jak choćby na początku artystycznej drogi z perkusistą Artem Blackeyem, następnie kwartetem Charlesa Llyoyda, później   słynnym skrzydłówkowym trębaczem – Chuckiem Mangione, awangardowym jak na owe czasy combem Milesa Daviesa z lat 70., a w późniejszych latach także z poznanym tam innym wielkim muzykiem i pianistą jazzowym – Chickiem Coreą, z którym nagrywał improwizacje i klasykę a także z altowiolinistą Michelle Makarskim, któremu zadedykował swoją Sonatę na altówkę i fortepian. Słynne pozostały także jego nagrania w trio z basistą Charliem Haydenem i perkusistą Paulem Motianem oraz w tzw. amerykańskim kwartecie z ekspresyjnym saksofonistą Deweyem Redmanem, z którymi niejednokrotnie spotykał się później jeszcze w różnych nagraniach, jak choćby w ostatnio wydanych duetach ze zmarłym niedawno Haydenem w Jasmine czy Last Dance, a z Motianem w trio Ad The Deer Head Inn, czy także z ksylofonistą Garrym Burtonem na pogodnym funkowym albumie Throb.

Oprócz tego ogromu jazzowych doświadczeń bujnych lat 70. do bogactwa kolorytu jarrettowskiej drogi poprzez muzykę dołączyły w latach 80. także nowatorskie nagrania muzyki klasycznej: Barokowej polifonii dzieł solowych J.S. Bacha – całości Das Wohltemperierte Klavier na klawesynie i ponownie na fortepianie, słynnych Wariacji Goldbergowskich – na klawesynie, i wszystkich Suit Francuskich, jak i kompletu Suit klawiszowych G. F. Haendla – na fortepianie, Koncertów fortepianowych W.A. Mozarta ze stuttgarcką orkiestrą kameralną, jak i muzyki współczesnej – niedawno opublikowanych przez ECM nagrań Koncertów fortepianowych Samuela Barbera i Beli Bartoka, jak i wszystkich 24 Preludiów i Fug Op. 87  Dymitra Szostakowicza (czym wprawił świat muzyki klasycznej naprawdę w wielkie zdumienie) czy też w końcu niezwykłych hymnów sakralnych – Sacred Hyms spisanych w formie fortepianowych chorałów przez C. I. Gurdjieffa.

Wywodzący się ze wszechstronnie muzykującej rodziny o serbskich korzeniach Jarrett należał i należy wciąż do eksperymentatorów muzycznych, eksplorujących improwizację solową i grupową oraz także różnorakie formy orkiestrowe na wielu płaszczyznach brzmieniowych. Stąd też wzięły się jego improwizowane nagrania płytowe na organach jak Spheres czy Invocations, klawikordzie – The Book Of Ways, instrumentach dętych w The Survivors Suite, impresje orkiestrowe na instrumenty solowe z orkiestrą zebrane na albumie Bridge Of Light, napisana na fortepian z orkiestrą suita Arbour Zena, jak i muzyka na albumie Celstial Hawk czy wreszcie eksperymentatorskie projekty mistycznych suit nagranych kameralnie w Keith Jarrett Trio w latach 80. wśród których wciągająca, hipnotyzująca muzyka Changes i późniejszych Changeless powstałych na koncercie w filharmonii w Monachium są najbardziej reprezentatywnym przykładem wpływu impulsów płynących do jazzu z minimal music i indyjskich rag oraz afrykańskich grooves, muzycznej mistyki wschodu i afrykańsko-orientalnego folkloru, który intensywnie przenikał do tego rodzaju muzyki jazzowej.

Domeną naczelną i najważniejszym produktem muzycznego show w wykonaniu Keitha Jarretta stały się po roku 1975 jednak koncerty solowe, na których pokazywał co kilka miesięcy a czasem i dni, gdy realizował tak jak w Japonii, czy we Włoszech dłuższe tournee koncertowe co oznacza dzisiaj w jego przekonaniu artystyczna, wirtuozowska improwizacja solowa i na jakim poziomie komunikacji dźwiękowej może ona być tym momentem, w którym słuchacz – nieprzygotowany przecież zupełnie na to co właściwie usłyszy, będzie zdolny do całkowitego poddania się i uwiedzenia muzycznej opowieści rozwijanej przez artystę na scenie – historii, której czas, akcja i przestrzeń zdołają całkowicie oderwać go od rzeczywistości i przenieść w swój szczególny dźwiękowy świat. Jarrett dosłownie hipnotyzował swoją publiczność tymi niezwykłymi koncertami, sprawiając swoją pełną kontrastowanego napięcia doskonałych grooves, wyrafinowanych ostinat, wysmakowanej harmonii i gęstej polifonii oraz bogatej, lirycznej melodyki grą że duch dawnego mistrzostwa muzycznego znanego jako starogrecka siła katharsis, pobudzająca ducha do uzdrowienia, wyjścia z depresji i choćby na krótką chwilę oswobodzenia człowieka od cierpienia, na nowo zaistniał jako zjawisko kulturowe i zyskiwał sobie w czasach rosnącego zamętu kulturowego coraz większą liczbę gorących miłośników tak wykonywanej sztuki muzycznej.

Można więc powiedzieć że Keith Jarrett dokonał w tej mierze wielkiego przełomu estetycznego w klasycznej muzyce scenicznej, udowadniając na nowo że także wykonawstwo muzyczne nie tylko bazujące na domenie dzieł skomponowanych i wykreowanych jako formy zamknięte pod rękami kompozytorów i wykonywane przez zawodowych artystów – interpretatorów może z powodzeniem, i niezwykle efektownie oddziaływać na odbiorcę, a dobra myśl muzyczna połączona z fenomenalną, wysoce wirtuozowską techniką wykonawczą, a także twórczą wizją i fantazją artysty potrafiącego kreować tak niezwykłą atmosferę i chwytać słuchacza „za serce” może spełniać rolę oferty koncertowej na najwyższym poziomie artystycznym, będąc zarazem atrakcją o niespotykanym dotąd stopniu pożądania przez publiczność. Jarrett stworzył w ten sposób nową jakość i nadał fortepianowej muzyce solowej swój silnie osobisty koloryt, przypominając o zapomnianym już dosyć dawno przez odbiorców i miłośników muzyki wymiarze tej sztuki.

Takie właśnie koncerty jak zarejestrowane i wydane przez ECM improwizacje z Bregenz, i z Monachium – Concerts Bregenz, München (1981) a także z Wiednia – Vienna (1992) czy z Paryża – Paris (1990) oraz słynna włoska La Scala (1997) są tego zjawiska pięknymi i wybitnymi przykładami. Szczególnie interesująco prezentuje się w tej przestrzeni także koncertowy album Dark Intervals (1988), który jest jak gdyby zapowiedzią innego, rozpoznawalnego już wyraźnie w XXI wieku stylu artysty. Dołączyły do tego wielkiego cyklu wydane niedawno przez ECM a nieznane wcześniej zupełnie, wybitne koncertowe improwizacje z tournee po włoskich miastach A Multitude Of Angels, czyli ostatnie występy solowe Keitha Jarretta przed jego chorobą i dwuletnią przerwą. Zapewne, skoro jak wiadomo Jarrett nagrywał przezornie prawie wszystkie swoje wielkie koncerty, nagrań tych w archiwach monachijskiej wytwórni jest jeszcze bardzo wiele, i zapewne z czasem będą się one ukazywały. Być może jeszcze nawet przez wiele długich lat a nawet dekad! Można się jedynie zastanawiać czy któreś z nich zdoła dorównać swoją popularnością temu jednemu, słynnemu z kolońskiej opery w roku 1975 nagraniu, czy też tylko ten wyjątkowy moment muzyczny, nie tylko przełomowy ale i fundamentalny dla dalszej kariery Jarretta stanie się głównym znakiem w historii nagrań jego muzyki. Wir w jakim grał bowiem swoje kolejne wielkie koncerty, i tworzył muzykę w obecności zafascynowanych nią, wypełniających sale koncertowe po brzegi, i nieraz toczących wręcz bitwy o bilety i miejsca na sali słuchaczy pokazywały że jego sukces, ale też tak styl, jak i rozmach pianistyczny zyskiwały coraz głębiej na jakości, wirtuozerii i pięknie. Ale też i wszystko to, co na okrągło i w takim tempie w swoim bogatym wówczas scenicznie życiu zrealizował miało także inną cenę, gdy prawa natury i ludzkiej wytrzymałości odezwały się w końcu donośnie, i doprowadziło muzyka do kryzysu, który kazał mu na jakiś czas zerwać z graniem i koncertowaniem.

W końcu lat 90-tych, po powrocie z dwuletniego niebytu, spowodowanym prawdopodobnie przeciążeniem i stresem, mimo ciężkiego załamania i wyczerpania fizycznego i nerwowego, Jarrett zaprezentował światu nagrany we własnym domowym studio dla swojej żony Rose Anne niezwykle liryczny, i bardzo osobisty album The Melody At Night, With You – którym wywołał ogromny entuzjazm spragnionych jego muzyki wielbicieli, nie przypuszczających jednak jak bardzo zmienia się od tego momentu ich ulubiony artysta, którego droga muzyczna, konytynuowana dalej w trio i solo zacznie oscylować pomiędzy skrajną awangardą, wielkim pogłębieniem idei polifonicznych i groteską. Sztuką wyrażającą się w pełnych niełatwej do odbioru ekspresyjnej improwizacji fortepianowej na niezwykle wysokim poziomie artystycznym, w trakcie koncertowych tournee, gdy tylko w ostatnich chwilach – w utworach na bis, publiczności zszokowanej taką muzyczną treścią koncertu artysta pokazywać będzie swoje dawne romantyczno-liryczne oblicze w improwizacjach do prostych, znanych melodii, gasząc jak gdyby emocje i szok słuchaczy nieprzygotowanych na tak ekstremalne przeżycia. Oprócz niezwykłego, wręcz histerycznego momentami podejścia do gry, spowodowanego nieraz trudnościami z koncentracją, u artysty dawał oznaki także coraz bardziej wyrazisty charakter chimerycznego, pozamuzycznego zachowania, gdy posuwał się nieraz do prób korygowania niespokojnej publiczności słowem lub czynem, przerywając lub wręcz zrywając swoje koncerty, wychodząc na chwilę lub wybiegając z sali, lub napominając zbyt uciążliwie fotografującą lub nie słuchającą go zbyt uważnie publiczność ciętymi uwagami. Wywoływało to u świadków tych scen swoisty wydźwięk a nawet zażenowanie.

Nie dla wszystkich było po prostu jasne to że artysta gra dalej z potrzeby życia, ducha i egzystencji ale sama gra, pomimo tak wielkiej zdawałoby się doskonałości, głębokości i wirtuozerii, przychodzi mu niezmiernie trudno – w pokonywaniu stresu pozostałej po chorobie niemocy i dekoncentracji, dla której każdy moment niepokoju na sali był impulsem wystarczającym do utraty muzycznej myśli skupionego na wyrazie swojego dźwięku Jarretta. Stawał się poprzez to nieraz obiektem małostkowych kpin i pretensji ze strony złośliwych krytyków, niesłusznie chcących porównywać swoje wymagania i uprzedzenia z prawdziwym charakterem artysty, dla którego moment powstawania na żywo sztuki i przekazywania jej publiczności był zawsze i za każdym razem tym najważniejszym momentem w życiu, ilekroć wychodził tylko na scenę i zasiadał do instrumentu.

Jarrett grał bowiem zawsze, gra i będzie grać na koncertach na sto procent a nawet na znacznie więcej, należy bowiem do tych twórców i artystów estrady, którzy swoje muzyczne powołanie rozumieją i wypełniają zawsze całkowicie na serio i z pełną powagą. Dlatego ich dzieło kosztuje ich samych taką nieprawdopodobną ilość wysiłku i emocji, bo jest autentyczne i zawsze oryginalne. Ekstremalne zachowanie Jarretta na scenie, śpiewanie, tańczenie czy grymasy artysty w trakcie koncertów było zawsze właśnie tego procesu znakiem, czymś nas czym w swoim twórczym procesie zapanować już nie mógł, bo muzyka jaką grał unosiła jego duszę i ciało w inne rejony egzystencji.

Mimo to właśnie powstałe wówczas albumy takie jak Radiance, The Carnegie Hall Concert, Rio, czy Testamet, pochodzące z pierwszej dekady XXI wieku należą do najsilniejszego chyba, najpełniejszego, i najważniejszego przesłania muzycznego – kwintesencji dojrzałego stylu głęboko emocjonalnej, duchowej i niezmiernie wyrafinowanej solowej improwizowanej wypowiedzi artysty. Są to w większości, co można zauważyć w wielu elementach tych nagrań, wariacyjne suity do podobnych tematów, wybrzmiewających w podobnej atmosferze, oscylujących w estetyce silnej chromatyki, wręcz późnej dodekafonii Weberna i Berga oraz kontrastowe momenty ciszy i kontemplacji dźwięku, w których artysta rozładowuje wytwarzane w częściach wartko dziejącej się akcji wielkie napięcie. Jarrett, realizujący ten program z wielką konsekwencją i uporem, na szczęście dla wielu słuchaczy rozmiłowanych w jego sztuce z poprzednich dekad nie zatracił jednak do końca wyczucia artystycznej proporcji koncertowej i po okresie rewolucyjnego, szaleńczego wręcz grania muzyki stricte nowoczesnej i awangardowej powracał w drugiej dekadzie tego wieku coraz częściej do rearanżacji znanych jazzowych strandardów i popularnych, lubianych melodii, jak choćby w wielokrotnie interpretowanej przez siebie na bis kołysance Somewhere Over The Rainbow – słynnej piosnce z filmu Czarnoksiężnik z krainy Oz. Jego nagrania z ostatnich lat pokazują większy powrót do liryki i duże zrównoważenie środków wyrazu, wskazujące na dalszą, silną przemianę artysty lub być może także na swoistą syntezę wszystkich dotychczasowych doświadczeń na przestrzeni pięciu dekad twórczej drogi, jaką Jarrett przeszedł od lat 70.

Dzisiaj, mimo upływu lat i nieco słabnącej intensywności koncertowej, nadal gra i nagrywa kolejne koncerty tak solo, jak i w trio, a jak przystało na artystę lubiącego niespodzianki, także i na swoje 75. urodziny zaprezentował zapowiedź kolejnego albumu zaplanowanego (prawdopodobnie) na rok 2020 a nagranego na swoim niedawnym koncercie w Budapeszcie. A więc czas płynie dalej…

 

Ja w pamięci mam do dziś dnia jego jakże niezwykły występ w Keith Jarrett Trio na festiwalu Jazz Jambore w Warszawie, jesienią roku 1985, gdy dokonał najlepszego w moim przekonaniu, jakie kiedykolwiek słyszałem, wykonania improwizacji do ballady Georgia On My Mind, na koncercie który z zachwytem słuchałem przez polskie radio, a kaseta z nagraniem tego wydarzenia do dzisiaj jest chlubą mojego archiwum. Jarrett wzniósł się wtedy naprawdę na nieosiągalny chyba dla wielu szczyt muzykalności i wrażliwości twórczej. Mam cichą nadzieję że ECM zdecyduje się kiedyś na wydanie tego koncertu w postaci płyty lub choćby sieciowego albumu, bo było to naprawdę wspaniałe wydarzenie artystyczne, które bardzo wielu miłośników jazzu nadal pamięta. W owych ostatnich czasach PRLu, jakimi była połowa lat 80. koncert ten stał się również dla wielu z nas, i nie tylko wielbicieli jazzu, także swoistym hymnem wolności.

Keith Jarrett to artysta absolutnie nadzwyczajny i osobowość muzyczna na miarę epoki a nawet nie zawaham się użyć tego słowa – tysiąclecia. To jest jazzowy Chopin naszych czasów. Jestem przekonany, pisząc te słowa tak po słuchaniu przez dekady niejednokrotnie wszystkich jego nagrań jak i po przeczytaniu, oprócz setek hymnów pochwalnych i znakomitych recenzji, również wielu jakże niesłusznych i małostkowych krytyk, ze strony tłumów zafascynowanych nim fanów i naśladowców, że dzieło tego niesłychanie oddanego muzyce na najwyższym poziomie człowieka, a mam nadzieję że żyć i tworzyć będzie jeszcze długo, pozostanie w historii świata muzyki na wieki i będzie znakiem również naszych czasów, w których aby stać się Keithem Jarrettem trzeba było mieć odwagę od początku walczyć o wyraz muzyczny i sztukę muzycznej klasy na najwyższym poziomie, ciężko pracować nad wyrazem i stylem absolutnie indywidualnym, nie zważając na niesłychany wręcz zalew tandety i kiczu, płynącego zewsząd ogólnego muzycznego buisnessu.

Oczywiście nie mogło zabraknąć w całym tym szaleństwie jego kariery także tego wszystkiego co określa się mianem łutu szczęścia i wyraźnego wsparcia, i wiary w sukces tych, dla których jego sztuka i gra stała się szansą na zaistnienie na rynku muzycznym (czym dla Keitha Jarretta jest właśnie monachijskie wydawnictwo ECM, znane z promocji wybitnych muzyków współczesnej muzyki jazzowej i klasycznej oraz jego założyciel i artystyczny wizjoner – Manfred Eicher), ale jest to także rzecz w połączeniu z talentem twórcy, i jego walorami estradowymi tak niezbędna jak i także dostępna – niestety – często tylko dla nielicznych. Showbuisness muzyczny rządzi się tutaj pewnymi niezmiernie stałymi i koniecznymi prawami. Keith Jarrett zdołał dzięki swojemu wyjątkowemu talentowi i tytanicznej, pełnej poświęcenia, szaleńczej pracy stać się jednak jego częścią, a że los czasami bardzo sprzyja i pomaga odważnym, pozwolił mu też i wykorzystać w pełni tę wyjątkową szansę. I to jest naprawdę wielkie szczęście, bo wielu wspaniałych artystów podobnego jemu formatu i czasów jego młodości poodchodziło z tego świata znacznie wcześniej i nie zdołało osiągnąć już tak wielkiego sukcesu, a przecież w pełni na to zasługiwali.

Keith Jarrett fascynował od samego początku i fascynuje wciąż swoich słuchaczy, i na nowo kolejne pokolenie muzyków, styl i piękno jego gry, kultura dźwięku i liryczność muzycznej wypowiedzi stały się punktem odniesienia dla wielu znakomitych muzyków jazzowych i klasycznych kolejnych generacji z całego świata. Wielość jego muzycznych kreacji i fantazja twórcza, i odtwórcza fascynuje, niektórych wręcz onieśmiela. Ale także i nieugięta postawa na koncertach ostatnich dwóch dekad, i wymaganie od publiczności skupienia przy najbardziej awangardowych nawet utworach pokazały, że warto walczyć o poziom i kulturę w relacji słuchacza z żywą muzyką. I choć dzisiaj jego nagrania są już dostępne w wielu sieciach streamingowych i można słuchać go na okrągło nie tylko z płyt, to koncerty właśnie, także wielu innych muzyków, na których wymaga się od słuchaczy określonego zachowania i dostosowania do wymagań artysty i organizatorów są tym, co osiągnął ten jeden człowiek w czasach rosnącego do potęgi medialnego obłędu, i manii totalnego elektronicznego kolportowania wszystkich przeżywanych na okrągło zdarzeń, w tym także koncertów.

Na muzyce trzeba umieć się skupić, trzeba chcieć jej do końca wysłuchać, i chcieć ją zrozumieć, przeżyć, lub po prostu nie przychodzić na koncerty, i nie przeszkadzać artyście… 

– twierdził publicznie nieraz Jarrett. I miał rację.

 

Mistrzu, żyj nam długo, graj i nagrywaj zawsze równie wspaniale, niech nie opuszcza Cię nigdy twórcza muzyczna wena i natchnienie, a publiczność kocha do końca życia a nawet wiele lat i epok dłużej! Wszystkiego najlepszego w dniu 75. Urodzin!

Twój wierny wielbiciel i czasami także koncertowy kontynuator Twoich pewnych pomysłów

– Tomasz Trzciński

* jak pamiętamy także 08.05. 1945 roku w kwaterze głównej gen. Dwighta D. Eisenhowera w Reims we Francji niemiecki gen. Alfred Jodl, w obecności przedstawicieli czterech mocarstw alianckich, podpisał akt bezwarunkowej kapitulacji Niemiec, który wszedł w życie 8.05.1945 r.