Poszedłem o świcie nad brzeg Olzy, początkowo sam, ale potem było nas dwóch. Bo ten drugi dołączył na wysokości kościoła parafialnego. Przy samym rynku. Był niewyspany. I chyba trochę zły, że musi ze mną iść. A w zasadzie nie musiał. Ot tak się przykleił jak opiłek do magnesu.
Minęliśmy Śrutarską, myślałem, że odpadnie. Nie odpadł. Przeciwnie, wzmocnił się. Chciał iść dalej ze mną. Nagle go naszła ochota na chodzenie.
– Bo jak idę to myślę, jak stoję głupieję. To jak dynamo w rowerze – lampka się świeci dopóki pedałujesz i jedziesz, jak się zatrzymujesz to gaśnie. – powiedział i wyciągnął plastikową zieloną butelkę i napił się.
Szeptał mi wciąż złośliwie – nigdy nie będziesz sam nad Olzą ze swoimi myślami, zawsze będziemy przy Tobie. My, antymyślący, pochłaniacze myśli. Ci wszyscy, którym się w życiu nie udało. Będziemy Cię obsobaczać i zniechęcać.
Usiadłem na brzegu Olzy i faktycznie… nie myślałem. Płynęła rzeka i nie wzbudzała ona we mnie odrobiny choćby literackiej fantazji. Z nudów zacząłem ciskać kamykami w nurt rzeki i wymyślać imiona dla licznie zgromadzonych kaczek, które myślały, że przyszedłem je karmić. Ale nawet o tym nie myślałem, bo sam byłem glodny.
Może inni ludzie za pana pomyślą? – zapytali młodzi zatopieni w smartfonach, siedzący na brzegu rzeki nieopodal.
Myślenie za mnie samego już mnie dostatecznie zmęczyło. Wolę myśleć nie myśląc. Wolę chodzić nie chodząc i umierać żyjąc. Lubię pisać w myślach teksty, których później nie potrafię rozczytać. – powiedziałem młodzieży.
Wróciłem po 30 minutach do domu pnąc się w górę po ulicy Głębokiej. Usiadłem w domu przy kominku, którego nie mam, ale potrafię go sobie wyobrazić i pomyślałem sobie, Zender, ty już masz 49 lat. Kawał czasu!
Zostaw komentarz