Urodziłem się w 1974 roku i już kilka lat później uczęszczałem w miesiącach letnich na Kąpielisko Miejskie w Cieszynie. Wtedy też po raz pierwszy w życiu zobaczyłem zielony kolor wody w basenie i że ludzie się w niej kąpią, a następnie nie umierają. Basen cuchniał stęchlizną, jak ktoś zanurzył się 10 cm pod taflę wody był całkowicie niewidoczny. Ale to były takie czasy, że ludzie cieszyli się z faktu, ze woda chłodzi i nie wchodzili w szczegóły co do jej chemicznej zawartości.

Kilkanaście lat później pracowałem już na tym basenie jako ratownik młodszy, a potem wodny. Jako wodny miałem prawo w pierwszej kolejności siadać na pomalowanej na zielono ławce nad brzegiem głębokiego basenu, a także prawo do zakazywania gówniakom kąpieli przez godzinę celem zrozumienia swoich przewin. Jak siedziałem oparty szeroko na ławce różne ładne dziewczyny dotykały mnie z różnych stron, ale ja myślałem sobie, że te najlepsze jeszcze przede mną… No i wyszło jak wyszło.

Czasem jednak zaczynało już ostro walić z basenu, tak że zapach ten dochodził do nozdrzy pana Józka. Pan Józek był permanentnie nietrzeźwy, ale jako gospodarz kąpieliska był wyraźnie ustawiony, więc miał na wszystko wywalone. Do czasu jednak, jak ludzie przestali się kąpać, bo stężenie syfu w wodzie przekroczyło kilka razy progi alarmowe. Były telefony do ratusza, a z ratusza do instytucji nadzorującej kąpielisko. Pech chciał, że akurat kierownik tejże był nie do końca trzeźwy. Tajemnica poliszynela było jednak, że niewielu widziało go w stanie niewskazującym. Przywieziono go więc na kąpielisko, dwóch krępych starszych mężczyzn pomogło mu dojść do niecki, po czym kierownik zarządził wypuszczenie wody i napełnienie niecki od nowa.

Dla nas ratowników, to był płatny urlop tygodniowy. Nie trzeba było nic robić tylko patrzeć jak woda schodzi z niecki i jak pan Józek, który odstawił alkohol na kilka godzin śmigał ze szlauchem i czyścił basen. Potem przez trzy dni basen napełniał się wodą, ale jako ratownicy wiedzieliśmy, że przez kolejne kilka dni i tak będzie wolne, bo ludzie przed kasą pytali ile stopni ma woda, a jak dowiadywali się, że 15 to odchodzili, spuszczając z kółek do pływania i motylków powietrze. I tak woda się nagrzewała do końca sezonu, a wtedy tylko wypłata i wakacje.

*

Ze specjalną dedykacją dla Krzysztofa z Fürth. Z podziękowaniem za niezwykle miłą rozmowę i ugoszczenie.