W Holandii powstają dzielnice, gdzie dopuszczony będzie wyłącznie ruch samochodów „współdzielonych”. Wjazd prywatnym pojazdem będzie zakazany.
Taktyką salami lewactwo nieubłaganie realizuje swój plan.
Zgodnie z zasadą „nie będziesz niczego posiadał i będziesz szczęśliwy” powoli acz konsekwentnie realizowany jest plan globalnego komunizmu.
Tylko czekać, aż podobne inicjatywy zaczną pojawiać się w Polsce, bo komunizm jest chorobą zakaźną. Tym bardziej, że projekty te znajdują wsparcie Światowego Forum Ekonomicznego i na pewno znajdą się na nie pieniądze – np. na zasadze, że z „środków pomocowych” zostanie wybudowany żłobek, ale właśnie za cenę rezygnacji z użytkowania samochodów, lub jakoś podobnie.
Już obecnie realia ekonomiczne w Europie są takie, że posiadanie mieszkania własnościowego jest absolutnym luksusem. Samochód jest na ogół kolejnym dobrem, które stanowi jakąś wartość. Plan sprowadza się zatem do tego, aby zniechęcając ludzi do posiadania zmusić ich do modelu wynajmowania wszystkich środków potrzebnych do życia. W takiej sytuacji człowiek staje się niewolnikiem systemu. Nie posiada nic, co dawałaoby mu choćby minimalną niezależność.
Pamiętam, jak jedna z prelegentek w Davos, chyba jakoś trzy lata temu – młoda aktywistka z Danii – radośnie perorowała, że ideałem byłaby sytuacja, kiedy nawet podstawowe sprzęty domowe, takie jak telewizor, lodówka czy pralka, byłyby dzierżawione. Jej zdaniem prowadziłoby to do znakomitych korzyści ekologicznych, gdyż firmy będące ich właścicielami możnaby zobowiązać do przestrzegania ścisłych reguł ich eksploatacji. Na przykład – podłączona do centralnego serwera pralka mogłaby być użytkowana jedynie raz – dwa razy w tygodniu, aby „oszczędzać wodę i prąd”. Za każde dodatkowe użycie trzeba by wnosić kolejną zwiększoną opłatę…
Takoż i z samochodem. W modelu „carsharingu” płacisz nie tylko za za przejechane kilometry, ale też za samo użycie i postoje. Za szkody z własnej winy odpowiadasz tak samo, jakbyś miał samochód prywatny a nawet więcej – bo wszystkie naprawy będą liczone po wygórowanych cenach „autoryzowanych” warsztatów. Policzą ci za każdą ryskę.
Ja nie twierdzę, że wynajem samochodów jest bez sensu, ale wystarczy popatrzeć na ceny. Dziś w Warszawie przejażdżka elektryczną hulajnogą wynajętą od Lime czy Bolt kosztuje circa tyle samo, co koszt przejadu własnym samochodem. Taki Lime życzy sobie 3 zł za odblokowanie hulajnogi i 7,25 zł za 5 minut jazdy.
Firma Panek oferująca usługę carsharingu w Warszawie za małe auto w rodzaju Toyota Yaris życzy sobie 5,99 zł za „trzaśnięcie drzwiami”, 2,99 zł za każdy przejechany kilometr i 0,39 zł za minutę rezerwacji lub postoju. Lekko licząc – wychodzi ok 30 zł za typowy dojazd np. z Ursynowa do centrum, czyli 10 zł drożej niż Uberem.
Tak sam przejazd własnym autem będzie nas kosztował tyle, co koszt paliwa, czyli zazwyczaj nie więcej niż 5 zł.
Tak – wiem, że prywatny samochód to też koszt zakupu, ubezpieczenia, serwisowania i parkowania, ale zarazem też możliwość jego nieograniczoej eksploatacji i pełnej dostępności. Dla jednych lepszą opcją może być model sharingowy, ale dla innych – posiadanie własngo pojazdu.
Wprowadzanie stref wykluczających możliwość wjazdu prywatnych pojazdów jest zatem szykaną mającą na celu pozbawienie nas takiej wolności. W dodatku – każdy, kto choć raz stracił pracę wie, jak potrzebny jest wówczas własny samochód, który można użyć do dorobienia sobie wykonując proste usługi.
Jednym słowem – rezygnacja z własności nie tylko – co próbują nam wmówić optymiści – rezygnacja z „obowiązków właścicielskich”, ale także rezygnacja z możliwości, jakie własność umożliwia.
A przede wszystkim – pamiętajmy jak działa rynek!
Rynek zawsze ustawia się pod pewnien punkt równowagi, w którym większość mieszkańców de facto wydaje nieomal tyle ile zarabia. Nie jest zatem tak, że zależność jest wyłącznie jednostronna, że ludzie wynajmują, bo ich nie stać na własność. To działa też w drugą stronę – przecięntne wynagrodzenie jest tak ustawiane, że jak standardem jest wynajem, to wynosi właśnie tyle, żeby ludzi było stać na wynajem i na nic więcej. Dziś Polacy kupują mieszkania, bo ich miesięczny koszt w kredycie wciąż jest na ogół mniejszy niż opłata za wynajem. Kupują używane samochody, bo ich koszt nie przekracza dwóch – trzech średnich pensji. Unijne regulacje zmierzają do zamknięcia tych możliwości. Zmierzają do tego, aby wynajem był jedyną opcją dla większości społeczeństwa. Chociaż uzasadniane to jest „zbożnymi” celami ekologicznymi – w praktyce oznacza pozbawienie nas tego niewielkiego marginesu wolności i niezależności od systemu. Tak, jak rezygnacja z pieniądza papierowego oznacza de facto możlowość natychmiastowego odcięcia jednostki od środków do życia, tak samo wygląda to w przypadku innych własności. Jak masz własny dom – możesz żyć wiele miesięcy zanim spadną na ciebie konsekwencje utraty pracy nawet jeśli nie masz oszczędności. Możesz go zamienic w miejsc e prowadzenia własnej działalności gospodarczej i część opłat wliczyć w koszty. Jak wynajmujesz – wylatujesz z mieszkania nazajutrz po niezapłaceniu właścicielowi. Jak masz własny samochód i opłacone ubezpieczenie – masz rok czasu na jego użytkowanie po kosztach paliwa aż do następnej opłaty. Jak wynajmujesz – musisz płacić na bieżąco albo jeździć zbiorkomem po porównywalnych kosztach. Nie masz wyboru. Wreszcie – jak masz dom czy samochód – możesz je sprzedać i odzyskać przynajmniej część pieniędzy na bieżące wydatki. Jak wynajmujesz – takiej opcji już nie masz.
W istocie – jak zastanowić się nad kierunkiem, w jakim zmierzają te wszystkie regulacje – ich cel jest jasny: masowe obniżenie „konsumpcji” poprzez dociśnięcie śruby tak, aby większość społeczeństwa żyła z nia na dzień, bez oszczędności i bez perspektyw. Radosna tzw. „średnia” klasa pracowników korporacyjnych łudzi się, że zachowa status. Nie – zachowa go może 1/3 obecnej. Reszta będzie żyła w pozorze – ciesząc się, że stać ją na opłacenie rat. Przepływ bogactwa będzie jednokierunkowy – w stronę właścicieli tych wszystkich wielkich firm usługowych a reszta będzie wpuszona w znany schemat „gig economy”, w którym praca stała niewiele różni się od dorywczej a pracodawcy wiedzą, że jej utrata oznacza dla pracownika ruinę i mogą utrzymywać pensje na bardzo niskim poziomie – akurat takim, żeby dało się żyć, ale nic ponadto.
Stąd moja rada dla młodych. Olewajcie wyższe studia! Nauczcie się dobrego zawodu rzemieślniczego i zróbcie co się da, aby zdobyć renomę i otworzyć własną działałność. Da Wam to więcej satysfakcji z życia niż orka w korpo!
Ten trend jest z resztą już bardzo widoczny. Tak zaczynają coraz częściej żyć zwłaszcza młodzi mężczyzni. Nie każdemu się udaje, ale przy dużym zaangażowaniu są w stanie w wieku 30 lat prowadzić prosperujący własny biznes i zarabiać ponad 30 tys, miesięcznie. Ilu absolwentów wyższych studiów może pochwalić się takimi dochodami w tym wieku? A jeśli im się nie uda – to jako fachowcy będą i tak zarabiać niewiele mniej niż przeciętny „etatowiec” – i to przecież wciąż z możliwością dorobienia „na boku”.
Różne ruchy kobiece chwalą się dziś tym, że studiuje dziś więcej kobiet niż mężczyzn, że kobiety są statystycznue lepiej wykształcone i jakoby z tego powodu powinny być predystynowane do stanowisk kierowniczych.
To mit! Więcej kobiet studiuje, bo to studia dziś nie pomagają w osiągnięciu wysokiego statusu ekonomicznego a wręcz przeszkadzają. Jedynie nieliczni są w stanie wysoko awansować i w tej grupie i tak wciąż przeważają mężczyzni, bo tak wygląda statystyczny rozkład inteligencji. Natomiast w grupie przeciętnej – facet ma większe szanse na samorealizację poza korpo i nic dziwnego, że wyższe studia są przez młodych mężczyzn coraz częściej oceniane jako strata czasu. Wyższe wykształcenie stało się rozrywką i grą statusową dla zamożnych, ale dla zwykłych ludzi – są coraz mniej wartościowe.
Zostaw komentarz