O tym, jak znane osobistości zostały wzięte w cyfrowy jasyr.

W świecie cyfrowym pojawił się nowy rodzaj niewolnictwa: niewolnictwo wizerunku. Nie trzeba już nikogo porywać, przekupywać ani nawet prosić o zgodę. Wystarczy zdjęcie z internetu, odrobina sztucznej inteligencji i gotowe – znana osoba właśnie została ambasadorem produktu, o którego istnieniu nie ma pojęcia.

Kiedyś, żeby kogoś „obcyganić” na krakowskim Rynku, oszust musiał się przynajmniej napocić – ubrać w porządną kamizelkę, mieć „gadkę” i dar przekonywania. Dziś wystarczy serwerownia gdzieś na końcu świata i algorytm, który śp. Elżbietę Penderecką przerobi na doradcę od samozarabiających botów AI – taką, co tylko otwiera aplikację i patrzy, jak jej „rośnie ogród” (czyli, w domyśle, pieniądze). To przecież upadek prawdziwego rzemiosła złodziejskiego – rzekłby stary doliniarz – bo jak to: zero wysiłku, sama statystyka… a „honor”?

Śp. Elżbieta Penderecka „inwestująca” w platformę o nazwie brzmiącej jak zaklęcie z kiepskiej powieści fantasy to tylko jeden z przykładów. Kardynał Grzegorz Ryś, metropolita krakowski, wykorzystany do promowania suplementów diety, leków oraz rzekomych funduszy inwestycyjnych, to kolejny. A wcześniej byli już Robert Lewandowski, Kuba Wojewódzki, Dorota Wellman – wszyscy „ubrani” w reklamy kryptowalut, suplementów i cudownych aplikacji, które rzekomo miały odmienić życie Polaków. Oczywiście bez ich wiedzy, zgody i udziału.

Mechanizm jest zawsze ten sam: twarz znana, produkt nieznany, historia gładka jak blat stołu. A żeby było jeszcze bardziej wiarygodnie, oszuści dorzucają logotypy prawdziwych mediów: TVN, Onetu, Gazeta.pl, BBC, nawet Polskiego Radia. Bo skoro jest logo, to przecież musi być prawda. A że logo jest wklejone jak naklejka z gumy Turbo – to już szczegół.

W tym wszystkim najbardziej fascynuje mnie jednak coś innego. Otóż człowiek, jako gatunek, od tysięcy lat próbuje być doskonały. Ciągle słyszymy o jego „dążeniu do doskonałości”, „perfekcji”, „najlepszej wersji siebie”. A przecież – i tu pozwolę sobie na małą obserwację – doskonałość, z natury, nie jest wpisana w człowieczeństwo. Gdyby była, nie musielibyśmy do niej dążyć. To właśnie nasze potknięcia, nierówności, skróty myślowe i drobne błędy czynią nas ludźmi.

Z tymi reklamami jest jak z owocami w supermarkecie: są tak błyszczące i równe, że aż strach je ugryźć. Prawdziwe jabłko ma plamkę, jest trochę krzywe i pachnie sadem. AI serwuje nam woskową atrapę – wygląda świetnie na zdjęciu, ale w środku nie ma ani smaku, ani duszy, ani, co najważniejsze, prawdy.

I dlatego co bardziej rozgarnięty obserwator rozpozna sztuczność szybciej niż fałszywkę z bazaru. Bo takie przekazy są zbyt równe. Zbyt gładkie i zbyt piękne. Jak wypracowanie ucznia, który chce dostać szóstkę, ale nie rozumie, że najlepsze teksty mają w sobie trochę chaosu. Człowiek zawsze zostawia ślady: zawahanie, ironię, niekonsekwencję, czasem zwykłą literówkę. Maszyna natomiast dąży do spójności za wszelką cenę.

Może więc nadszedł czas, byśmy zaczęli pielęgnować nasze błędy? Literówki, przejęzyczenia, ten moment zawahania, gdy brakuje nam słowa – to są nasze certyfikaty autentyczności. W świecie idealnych awatarów bycie „niedoskonałym” staje się ostatnim bastionem wolności. Bo tylko człowiek potrafi palnąć głupstwo z takim wdziękiem, którego żadna maszyna nie podrobi.

Oszuści o tym wiedzą, ale liczą na to, że odbiorcy nie wiedzą. Że zobaczą znaną twarz, ładny tekst i logo dużego medium – i klikną. A potem już tylko numer karty, przelew, „mała wpłata na start” i po wszystkim. Może więc to jest nasza nowa kompetencja XXI wieku: umiejętność rozpoznawania sztuczności nie po błędach, lecz po ich braku. Po tym, że śp. Elżbieta Penderecka nagle mówi jak influencerka od rozwoju osobistego, a metropolita Ryś jak doradca inwestycyjny z reklamy sprzed dziesięciu lat.

Bo w świecie, w którym twarz można ukraść jednym kliknięciem, jedyną prawdziwą ochroną pozostaje odruch niedowierzania. I świadomość, że jeśli coś wygląda zbyt pięknie, by było prawdziwe – to najpewniej zostało wygenerowane przez bezduszny procesor, który nigdy nie zrozumie, na czym polega urok zwyczajnego, ludzkiego „pitolenia”.

Zbigniew Grzyb

z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄