Świetny tekst, nie wiem czy się wam przetłumaczy, na wszelki wypadek zamieszczam tłumaczenie. To jeden z niewielu tekstów napisanych przez Ukraińca, z którym zgadzam się w 100%.

„My z Polakami możemy jeszcze długo wyjaśniać, kto komu bardziej zawinił w 1943 roku, kto kogo zdradził w 1918-ym, do kogo należy Lwów w symbolicznej geografii, kto był bohaterem, kto zbrodniarzem, kto „szowinistą”, a kto „banderowcem”. Możemy poświęcić na to kolejne 20 lat. Problem tylko w tym, że świat, w którym te spory decydowały o politycznej podmiotowości narodów, kończy się dosłownie na naszych oczach. I podczas gdy Ukraińcy i Polacy z coraz większą egzaltacją wracają do swoich wielkich krzywd i wielkich traum XX wieku, gdzieś tuż obok rozstrzyga się dużo ważniejsze pytanie: kto będzie podmiotem historii w XXI wieku, a kto pozostanie populacją terytorium, na którym historię będą tworzyć inni.

To nie jest wezwanie do zapomnienia historii. Zmarłych trzeba pochować, zbrodnie nazwać zbrodniami, archiwa otworzyć, kłamstwa własnej strony przestać bronić tylko dlatego, że są własne. Ale pamięć historyczna jest potrzebna żywym po to, by poszerzać ich zdolność rozumienia świata, a nie po to, by zawężać swój świat do zbioru dziedzicznych nienawiści. Kiedy naród zaczyna coraz bardziej definiować się przez to, kogo nienawidzi i co są mu winni sąsiedzi, to już nie jest polityka historyczna, tylko degradacja intelektualna społeczeństwa. Społeczeństwo przestaje wytwarzać przyszłość i zaczyna w nieskończoność przerabiać przeszłość na paliwo polityczne.

Oczywiście w demokracji elektoralnej takie paliwo działa. Klina czasem rzeczywiście trzeba wybijać klinem. Człowiek znacznie szybciej zrozumie obraz strasznego moskala, banderowca, Niemca, muzułmanina czy polskiego imperialisty, niż wyjaśnienie o utracie podmiotowości ontologicznej, technologicznej czy wreszcie geopolitycznej. Polityka nigdy nie pozbędzie się strachu, solidarności grupowej, urazy i mobilizacji przeciw zagrożeniu. Dziadek Lenin dobrze rozumiał, że polityka masowa potrzebuje prostych formuł. Ale jest ogromna różnica między wykorzystaniem resentymentu do mobilizacji w konkretnym konflikcie a budowaniem na nim kontraktu społecznego. Pierwsze bywa czasem nieuniknione. Drugie oznacza stopniowe wytwarzanie coraz bardziej zgorzkniałego, prymitywnego i w końcu słabszego społeczeństwa.

Właśnie dlatego coraz mniej interesuje mnie spór ukraińskich i polskich narodowców o to, czyj mit narodowy jest sprawiedliwszy. Interesuje mnie, czy Ukraina i Polska są zdolne zaoferować sobie nawzajem coś więcej niż wzajemne podsycanie metahistorycznych nerwic. Bo najgorszą odpowiedzią na ukraińską mitologię XX wieku będzie polska mitologia XX wieku — i odwrotnie. To dwa systemy, które doskonale żywią się sobą nawzajem: każdy polski radykał potrzebuje ukraińskiego radykała jako dowodu własnej racji, każdy ukraiński — polskiego. Tak można w nieskończoność podnosić temperaturę, nie wytwarzając żadnego nowego sensu.

Szczególnie tragicznie wygląda to w przypadku Ukrainy. Ukraina roku 2026 w niektórych dziedzinach technologii wojskowej żyje już w XXI wieku, wyprzedzając czołowe państwa świata. Stała się ogromnym laboratorium wojny bezzałogowej, rozproszonych systemów dowodzenia, walki elektronicznej, widzenia maszynowego, szybkiego wojskowego R&D, poziomej samoorganizacji inżynierskiej. Ukraiński dron już toczy wojnę XXI wieku, podczas gdy część ukraińskiej świadomości politycznej wciąż prowadzi wojnę lat 1943–1956. Tworzymy technologie, które studiują największe armie świata, i równolegle prymitywizujemy odpowiedź na pytanie „czym jest Ukraina?” do przekłamanych biografii kilku w większości nieudanych działaczy politycznych pierwszej połowy XX wieku.

I tu już słyszę standardową odpowiedź zawodowego nacjonalisty. „Wstyd wam za prostą, prawdziwą Ukrainę. Zawsze potrzebujecie jakiegoś imperium: kiedyś rosyjskiego czy sowieckiego, teraz amerykańskiego, polskiego, niemieckiego, brukselskiego, globalistycznego. Ukrywacie niechęć do własnego narodu za słowami o cywilizacji, technologii i osobliwości. Pozwólcie wreszcie Ukrainie stać się sobą — a stanie się wielka i już dawno by się stała, gdyby przez wieki nie przeszkadzały jej Moskwa, Warszawa, Wiedeń, Stambuł i wszyscy inni”.

Problem tej pięknej odpowiedzi polega na tym, że historyczna Ukraina nigdy nie istniała w próżni. Stawała się wielka właśnie wtedy, gdy była włączona w wielkie systemy cywilizacyjne i potrafiła w nich tworzyć idee, ludzi, technologie, siłę militarną, kulturę. Ruś (Kijowska) była częścią wielkiego systemu powiązań od Bizancjum po Skandynawię. Ruś Rzeczypospolitej żyła w wielkiej przestrzeni środkowoeuropejskiej i w znacznym stopniu przez szlachtę ruską współtworzyła państwo arystokratyczne. Ukraińcy monarchii habsburskiej i imperium rosyjskiego, a potem Związku Radzieckiego, byli nie tylko obiektami cudzej polityki, ale i współtwórcami państw, armii, nauki, przemysłu i kultury, którymi te systemy kierowały.

Twórca ukraińskiej państwowości w XX wieku — hetman Pawło Skoropadski — był wybitnym dowódcą rosyjskiej armii carskiej, urodzonym w Niemczech z niemieckim jako językiem ojczystym, stanął na czele państwa ukraińskiego dzięki wsparciu Cesarstwa Niemieckiego, przeciw któremu dość skutecznie walczył przez poprzednie 4 lata. Jego fiński kolega po fachu, Carl Gustaf Mannerheim — szwedzkojęzyczny arystokrata i generał na służbie cara — przeszedł niemal tę samą drogę, lecz znacznie skuteczniej. Postawił zdobytą w imperium szkołę wojskową na służbę niepodległej Finlandii, został jej naczelnym wodzem, regentem i prezydentem. I, w odróżnieniu od Skoropadskiego, wygrał swoją historyczną stawkę: Finlandia przetrwała, zachowała państwowość podczas trzech wojen i nie wróciła w skład ani Rosji, ani ZSRR.

Ukraina w składzie ZSRR dała jeden z najpotężniejszych kompleksów rakietowo-kosmicznych i lotniczych XX wieku, była jednym z ośrodków wczesnej techniki obliczeniowej. Ukraińcy nie byli w sowieckim supermocarstwie jedynie materiałem dla cudzej historii — przez dziesięciolecia współtworzyli jego rdzeń kierowniczy, przemysłowy, wojskowy i technologiczny. Chruszczow ukształtował znaczną część swojej kariery politycznej na Ukrainie, za Breżniewa dniepropetrowski system partyjno-przemysłowy stał się jednym z głównych ośrodków reprodukcji kadrowej Związku, a sama USRR ostatecznie ukształtowała się jako wielki system przemysłowy, naukowy i administracyjny.

W 1991 roku Ukraina wyszła z ZSRR nie jako biedne peryferium, któremu wreszcie pozwolono spróbować państwowości, lecz jako prawie pięćdziesięciomilionowy kraj z jednym z najpotężniejszych kompleksów przemysłowych i obronnych Europy, z własnymi szkołami lotniczą, rakietową i kosmiczną, oraz trzecim co do wielkości arsenałem jądrowym na świecie. Pod względem przemysłu ciężkiego, kompleksu zbrojeniowego i spuścizny technologicznej jej aktywa startowe wyglądały imponująco obok ówczesnej Polski. I właśnie dlatego ukraińska tragedia kolejnych dekad jest tak wielka: odziedziczyliśmy nie fragment, lecz jeden z rdzeni supermocarstwa, ale nie nauczyliśmy się dostatecznie szybko przekształcać odziedziczonej potęgi we własną długoterminową podmiotowość. Polska zaczynała z mniej efektownym zestawem sił, ale znacznie lepiej zbudowała maszynę ich pomnażania.

Niepodległość jest nam potrzebna nie po to, by wreszcie schować się przed wielkimi systemami za etnograficznym płotem. Jej najwyższym celem jest po raz pierwszy wejść w kolejny wielki system nie jako prowincja, zasób czy materiał ludzki, lecz jako jeden z jego konstruktorów.

I tu zaczyna się pytanie o osobliwość technologiczną — a szerzej, cywilizacyjną. Osobliwość niekoniecznie oznacza dzień, w którym zły sztuczny intelekt się obudzi i wypowie ludzkości wojnę. To punkt, za którym zwykła ekstrapolacja przyszłości z przeszłości przestaje działać, ponieważ zmienia się sama maszyna wytwarzania zmian. Kiedy sztuczna inteligencja bierze udział w tworzeniu kolejnej sztucznej inteligencji, technologia — w tworzeniu kolejnej technologii, miliony ludzi, maszyn i sieci łączą się w systemy bardziej złożone niż zdolność pojedynczego człowieka do ich pojęcia, cywilizacja zaczyna zmieniać nie tylko swoje narzędzia, ale sam sposób wytwarzania wiedzy, władzy i podmiotowości. Serhij Daciuk w swoich rozważaniach o Wszechludzkości stawia to pytanie jeszcze szerzej: czy znane nam formy — naród, państwo, gospodarka, polityka, a nawet człowiek — pozostaną wystarczającymi formami organizacji dla świata po takim przejściu?

Nie znamy odpowiedzi. Właśnie to jest problem. Osobliwość to horyzont, za którym nasze dzisiejsze modele stają się zawodne. Ale jedno można powiedzieć już teraz: kolejny wielki podział świata przebiegnie nie tylko między Ukraińcami, Polakami, Amerykanami, Chińczykami czy Rosjanami. Będzie przebiegał między społeczeństwami zdolnymi wytwarzać nową rzeczywistość a społeczeństwami skazanymi na konsumowanie rzeczywistości wytworzonej przez innych. Kto nie będzie wytwarzał własnej inteligencji, technologii, kapitału, broni, instytucji i sensów — będzie żył wewnątrz cudzych.

Właśnie tak można stracić państwo, formalnie go nie tracąc. Flaga zostanie nasza. Hymn zostanie nasz. Można nawet postawić jeszcze sto pomników „właściwym” bohaterom i przemianować ostatnią ulicę. Ale nasi najlepsi inżynierowie będą pracować w Kalifornii, modele sztucznej inteligencji będą należeć do cudzych korporacji, technologie krytyczne — do cudzych państw, bezpieczeństwo w najlepszym razie zagwarantuje cudza armia, a raczej najprawdopodobniej — nikt go nie zagwarantuje, pieniędzmi będzie sterować cudze centrum finansowe, zasady będzie ustalać cudza platforma. I będziemy z ogromną dumą spierać się o swoją podmiotowość w systemie, w którym coraz mniej realnych decyzji będzie zależeć od nas. Tak właśnie wygląda prawdziwe niebezpieczeństwo przekształcenia się w wasala XXI wieku — znacznie cichsze niż okupacja i dlatego znacznie trudniejsze do uświadomienia.

Ukraina ma paradoksalną przewagę: wojna przymusowo wciągnęła część naszego społeczeństwa w przyszłość. Nauczyliśmy się już tworzyć rozwiązania technologiczne tam, gdzie nie ma gotowych odpowiedzi, szybko łamać hierarchie, gdy przeszkadzają w przetrwaniu, budować sieci ludzi i maszyn wokół konkretnego rezultatu. Ale złożoność technologiczna Ukrainy coraz mocniej kontrastuje z prymitywizacją jej ontologii — odpowiedzi na pytanie, kim jesteśmy, po co istniejemy i co chcemy dać światu. Jeśli tej rozbieżności nie przezwyciężymy, potencjał technologiczny po prostu się rozejdzie. Ludzi przekupią, firmy kupią, wynalazki zintegrują w silniejsze systemy. Ukraina znów pozostanie dumną dostarczycielką utalentowanych Ukraińców dla cudzej wielkości. Jeśli w ogóle pozostanie.

Polski problem jest lustrzanym odbiciem. Polska otrzymała bezpieczeństwo, infrastrukturę, kapitał, dostęp do ogromnego rynku europejskiego i niespotykany w swojej najnowszej historii poziom dobrobytu. Ale sukces gospodarczy jeszcze nie czyni kraju ośrodkiem cywilizacyjnym. Znaczna część polskiej modernizacji gospodarczej dokonała się wewnątrz systemów, których zasady i najwyższe piętra technologiczne powstawały nie w Warszawie. Polskie dążenie do wielkości jest całkowicie realistyczne — i właśnie dlatego tak smutno widzieć, jak łatwo kanalizuje się ono w kolejną „rekonstrukcję Dmowskiego”, „kresów”, historycznych krzywd i „walki z ukraińskim Banderą”. Pytanie o polską wielkość XXI wieku nie polega na tym, czy Warszawa zdoła udowodnić Kijowowi swoją rację co do 1943 roku. Polega ono na tym, co będzie istnieć w świecie roku 2050, bez czego ten świat nie będzie mógł się obejść, a co powstanie właśnie w Polsce.

Dlatego interesujące jest dla mnie Międzymorze nie tylko jako rekonstrukcja mapy Piłsudskiego i nie jako koalicja narodów, które jednakowo boją się Moskwy. Interesuje mnie możliwość przestrzeni od Bałtyku do Morza Czarnego jako jednego z ośrodków wytwarzania kolejnej cywilizacji. Polska skala gospodarcza, ukraińskie doświadczenie wojskowo-technologiczne, bałtycka kultura cyfrowa i instytucjonalność, rumuński potencjał tożsamości bez resentymentu i estetyki imperialnej bez zaborczości, skandynawskie technologie i kapitał mogą tworzyć system znacznie większy niż suma jego państw. I wówczas geopolityczne pytanie Jacka Bartosiaka — „Kto będzie miał siłę i swobodę działania w nowym porządku światowym?” — spotyka się z cywilizacyjnym pytaniem Daciuka — „Czym w ogóle stanie się Ludzkość, gdy stare sposoby organizacji przestaną odpowiadać złożoności stworzonego przez nas świata?”

Dla takiej polityki potrzebna jest inna praca z historią. Nie amnezja i nie „pojednanie” przez kłamstwo. Wręcz przeciwnie — maksymalna intelektualna bezwzględność wobec własnych mitów. Ale poważny program ideowy jest zawsze ekspansywny i ciekawy świata: poszerza zakres rzeczy, które człowiek chce poznawać, tworzyć, podbijać rozumem, włączać do własnego świata. Historia w takim programie także staje się ekspansywna: szukamy w przeszłości nie tylko listy naszych męczenników i wrogów, lecz doświadczenia państwowości, nauki, handlu, miast, imperiów, republik, wojen, technologii, zwycięstw, katastrof, kontaktu z innymi cywilizacjami, ponownego przemyślenia własnych błędów. Naród pewny siebie jest zdolny uświadomić sobie i przyjąć złożoność własnej historii. Niepewny musi ją stale „oczyszczać”.

Być może właśnie obecny kryzys polsko-ukraińskiej pamięci jest nam potrzebny jako szczepionka przeciw powrotowi do XVII–XX wieku. Doprowadzić logikę wzajemnego resentymentu do punktu, w którym stanie się oczywista jej jałowość intelektualna. Uznać wszystko, co trzeba uznać, pochować wszystkich, których trzeba pochować, przestać bać się prawdy o własnych postaciach historycznych — i postawić wreszcie znacznie ambitniejsze pytanie. Nie do kogo należy przeszłość, lecz do kogo będzie należeć przyszłość.

Bo prawdziwa wielkość Ukrainy nie będzie polegać na tym, że świat wreszcie uzna naszą wersję XX wieku. A polska — nie na tym, by zmusić sąsiadów do uznania wersji polskiej. Wielka będzie ta Ukraina, która razem z Polską i innymi państwami naszego regionu zdoła wejść w cywilizacyjną osobliwość XXI wieku nie jako obiekt cudzego eksperymentu, nie jako rynek, nie jako bufor, nie jako wasal i nie jako muzeum własnych traum.

A jako współzałożyciel Nowego Porządku Świata.”