To jeden z największych wycieków danych w historii Polski. Z systemów firmy MyDr wykradziono informacje dotyczące blisko 19 milionów Polaków. Ponad 2 terabajty danych. PESEL-e, dane kontaktowe, informacje o wizytach, receptach, lekach, a nawet o stanie zdrowia.
To nie są zwykłe hasła do poczty, które można zmienić w kilka minut. PESEL-u czy historii leczenia człowiek przecież nie wymieni.
Rząd mówi o motywie kryminalnym i próbie wymuszenia okupu. Być może. Taka jest dzisiaj oficjalna narracja. Na tym etapie nie ma dowodów, że za atakiem stoi obce państwo ani że jego celem jest ingerencja w przyszłe wybory.
Ale właśnie dlatego trzeba pytać.
Co, jeśli te dane okażą się dla kogoś warte znacznie więcej niż okup?
Wybory parlamentarne odbędą się w 2027 roku. Czasu nie zostało wiele. A współczesna wojna informacyjna nie musi już polegać na włamywaniu się do komisji wyborczych czy podmienianiu kart. Dzisiaj najcenniejsza jest wiedza o człowieku.
Ktoś, kto posiada dane niemal 19 milionów Polaków, może próbować tworzyć ogromne bazy profili obywateli. Łączyć je z innymi źródłami informacji, prowadzić precyzyjne kampanie dezinformacyjne, podszywać się pod lekarzy, przychodnie, banki czy urzędy. Może wykorzystywać wiedzę o człowieku do manipulacji, zastraszania, a nawet szantażu.
I właśnie tutaj trzeba przypomnieć rok 2023.
Tamte wybory przyniosły wydarzenia, które powinny nas nauczyć szczególnej ostrożności. Ponad 428 tysięcy osób głosowało na podstawie zaświadczeń o prawie do głosowania. W wielu miejscach tworzyły się ogromne kolejki. Komisje były przeciążone, a głosowanie przeciągało się do późnych godzin nocnych. Pojawiały się również relacje o lokalach, w których wyborcy oddawali głosy nawet około drugiej czy trzeciej nad ranem.
To wszystko jest udokumentowane.
Nigdy wcześniej tak nie było. Czy wyciągnięto z tamtych wydarzeń odpowiednie wnioski?
Dzisiaj sytuacja jest jeszcze poważniejsza. Mamy gigantyczny wyciek danych i mamy przed sobą kolejne wybory parlamentarne.
Czy skradzione informacje mogą zostać wykorzystane w operacji wpływu?
Czy służby analizują działalność zagranicznych grup cyberprzestępczych?
Czy sprawdzane jest, czy dane można połączyć z innymi bazami, tworząc narzędzie do masowego profilowania Polaków?
I wreszcie: czy ktoś analizuje możliwość ich wykorzystania przed wyborami w 2027 roku?
Bo dzisiaj nie trzeba już klasycznie „fałszować wyborów”, żeby próbować wpłynąć na ich wynik.
Wystarczy wpływać na ludzi.
Wiedzieć, do kogo skierować konkretny przekaz. Przygotować fałszywą wiadomość dokładnie pod określoną grupę. Wykorzystać informacje o zdrowiu, chorobach, lekach czy wizytach lekarskich. Zagrać na ludzkim strachu, słabości albo emocjach.
19 milionów rekordów to nie jest zwykła baza klientów. To potencjalnie gigantyczne narzędzie do profilowania społeczeństwa.
Nie twierdzę, że wyciek z MyDr został przygotowany w celu ingerencji w wybory. Nie ma na to dowodów.
Twierdzę coś znacznie prostszego:
przy takiej skali nikt nie ma prawa tego scenariusza wykluczyć.
Nie raz pisałem, że państwo Tuska to bandyckie państwo. I właśnie dlatego po doświadczeniach z 2023 roku nie możemy dzisiaj powiedzieć: „To tylko cyberprzestępcy. Chodziło o okup”.
Najpierw trzeba sprawdzić wszystko. Bo jeśli za rok okaże się, że ktoś wykorzystał dane 19 milionów Polaków do operacji wpływu na wybory, najgorsze pytanie wcale nie będzie brzmiało:
Kto to zrobił?
Najgorsze będzie brzmiało:
Dlaczego wiedzieliśmy, że takie zagrożenie istnieje, a mimo to niczego nie sprawdziliśmy?
Zostaw komentarz