Kto by pomyślał, że drewniana „maszyna biegowa” barona Karla Draisa zyska taką popularność. Ale pedały z korbami do przedniego koła dodał mu w 1860 roku Pierre Michaoux. I tak powstał welocyped. Poprzednik roweru.

Górską „Konę” musiałem jakiś czas temu zastąpić miejską „Gazelle”, rodem z Królestwa Tulipanów.

Kręgosłup już nie wytrzymywał, a na „holenderce” jedzie się jak na koniu, wyprostowanym.
Inną zaletą takiej pozycji jest to, że widzi wszystko dookoła.

Do jazdy po wyboistych szlakach Kampinosu się nie nadaje, ale po szlaku dawnej „Kolejki Młocińskiej” do Palmir, jeszcze od biedy ujdzie.

Jeździmy z żoną tempem spacerowym bo chcemy podziwiać otaczającą nas przyrodę.
Patrzeć co się zmieniło.
Kontemplować refleksy słońca na leśnym dukcie.
Płatki złota unoszące się nad ziemią w rytm gałęzi dębów poruszanych wiatrem.

Dla mnie jazda rowerem jest jak medytacja, której nie wolno robić szybko.
Traci się wtedy całą głębie ulotnych chwil.
Nie dostrzega otaczającego nas piękna zaklętego w krzewy jarzębiny, przydrożne paprocie, żuka mozolnie przemierzającego szlak rowerowy.

Czasami nas mijają rowerzyści na wypasionych rowerach i w kosmicznych kaskach na głowie.
Gnają na łeb na szyję, przed siebie.
Nie mają czasu na podziwianie natury.

W mediach czytam, że to taki dzisiejszy trend.
Być aktywnym.
Jak rower, to zapieprzać po 50 km dziennie, aż do upadłego.

To już nie dla mnie.
Nie tylko dlatego, że mam mniej sił od 30 latków, ale także dlatego, że utraciłbym tak jeżdżąc coś bardzo cennego.

Możliwość wtapiania się w mijane krajobrazy i czystą radość z życia.
#rower #niespiesznajazda #Kampinos #rdośćżycia