Będzie o oszczędzaniu. Pojawił się bowiem post na temat oświetlenia świątecznego Konstancina. Co druga latarnia będzie wygaszona, ale za to pojawią się – jak co roku – dość prymitywne ozdoby, zawieszone na tych nieświecących (i świecących) latarniach, aby umilać czas świąteczny.
Ktoś napisał, że to kompletny bezsens, a ja się dołaczylam do tego glosu. Bo tez uwazam to za bezsens. Nocami ulice Konstancina są puste, nie ma zwyczaju spacerowania po ulicach i te ozdoby – niepiekne zreszta, raczej bardzo banalne – wielkiego sensu nie mają. Ale oberwalo mi sie porzadnie, ze nic nie rozumiem i koniecznie trzeba świecic, zeby był nastroj itd.
Przypomniała mi sie od razu ksiazka Grishama „Ominąć Świeta”, kiedy to nie wystawienie przed dom Sniegórka, nie ozdobienie drzwi, dachu i ogrodu lampionami było dla sąsiedzkiej spolecznosci czymś równiw wrednym jak śmiecenie na ulicy czy plucie przez zeby. Pod wpływem nacisków społecznych bohaterowie ksiazki wystawiaja Sniegurka( Sniegórka?)i pala lampki, aby nie zostac pariasami w swoim miasteczku.
No, to pojęłam, ze mlodsze pokolenie, wyrosłe na tych Sniegórkach i lampionach nie wyobraża sobie Świat (trwajacych nie dwa dni + Wigilia , a potem Sylwester. ale od poczatku grudnia do niemal Wielkiej Nocy) bez tych ozdób. A fakt, ze ten rok nalezy do kryzysowych i nawołuje sie do oszczędzania swiatła, akurat do nich nie przemawia.
W moim domu starsze osoby gasza swiatlo na klatce schodowej. Mlodzi nie. Bo po kiego licha? Maja tak wysokie pensje, ze inflacja wprawdzie ich dotyka, ale „w temacie” mieszkań (wynajmowanych lub kupowanych czy budowanych) oraz samochodów, bo nie daje sie niektorych kupic „od reki”, ale trzeba na nie poczekac, co jest niewyobrazalną trauma.
Jesli pensje (dochody) wydaja się im za małe, wymuszają podwyzki. W rózny sposób, ostatecznie przez manifestowanie przed siedziba rzadu. I wreszczie podwyzki dostają.
Oszczędzanie? A co to jest oszczędzanie? Nie trzeba bylo oszczędzać zabawek, bo szybko sie nudziły i kupowano nowe, ubran, bo było tak, jak z zabawkami. Nie oszczedzano plecaków, podreczników (nie ma przeciez zwyczaju odsprzedawania własnych podreczniów mlodszym uczniom za niewielka cene). Ba, nawet zywnosci. Bezdomni bardzo sobie chwala sasiadujace ze szkoła smietniki, bo maja w nich kanapki z wedlinami, owoce, maslane bułeczki , pojemniki z kefirem czy jogurtem. Wiadomo, ze mlodzi kupuja w pobliskim sklepie całkiem coś innego niz mamine wyobrazenia o drugim sniadaniu.
Dawniej oszczędzało się wszystko. I nie tylko w biednych rodzinach, takze w rodzinach, którym bieda nie doskwierała. Wie to pani Anna Mieszczanek, która opisywała dworskie zycie. Nie było tak, ze cos sie „marnowało”. Zawsze „naddatki” mozna bylo wykorzystać. Dla mnie prababcia wciąz jeszcze kojarzy sie ze stołkiem stojacym pod kaloryferem, oblozona stosem koszul, sukienek, bielizny, pończoch i skarpet. Od razna do wieczora, szepcząc rozmaite modlitwy, lub spiewając pobozne piesni szyła, przerabiała, cerowała.
Mam zdjecia , gdzie jako dziesieciolatka wystepuję w sukienkach najwyrazniej przedluzanych trzy lub cztery razy. Róznokolorowymi plisami. Nosiłam pocerowane pończochy (potem, juz w doroslosci, pończochy z „załapanymi oczkami”). Meskie skarpety były (przeze mnie tez) cerowane. Przetarte mankiety i kołnierzyki u koszul jakos umiejetnie odwracano na druga strone (nicowano?) i wygladały prawie na nowe. Bielizna poscielowa? Łaty, czasem łata na łacie. Bo kto by wyrzucał lniane przescieradło tylko dlatego, ze sie w jakims miejscu przetarło?
A jedzenie? Zupe wylac do zlewu? wyrzucic ochłapy miesne? Albo – Panie Boze wybacz! – choćby kruszyne chleba? Ze wszystkiego dało sie cos zrobic. Ochłapy miesne dodawano do kaszy czy płatków owsianych , mieszano i zjadał to pies. Jesli nie bylo psa, skladalo sie do spizani , zeby – jak wiecej zebrano – zrobic pasztet. Z resztek chleba była albo tarta bułka, albo zupa chlebowa. Twarde, zeschniete skorki zjadały ze smakiem nasze psy. Chrupiac jak kości.
Dla mnie oszczędzanie jest czyms tak naturalnym, że nawet o tym nie mysle. Dla mlodych jest czyms nieznosnym. Dokuczliwym. przeciwko czemu nalezy sie buntowac. A nawet zmienic rzad na taki, który nie każe oszczędzać.
I tak sobie myśle – co ci mlodzi ludzie zrobiliby w naprawdę ciezkich czasach. Kiedy brak wszystkiego i przyslowiowa zapałke trzeba dzielic na czworo, a każda szmatka jest zdobycza na wage zlota. Kiedy stoi sie na mrozie i w dlugiej kolejce po kawałek nienajswieższego chleba lub kubek mleka dla dziecka.
Nikt z wychowawców; rodziców, nauczycieli nie bierze pod uwage takiej mozliwosci? Nikt nie uczy oszczędności?
To jest mniej wazne i mniej przydate w zyciu od nauki, jak sie zdrowo onanizowac, i rozważac, kim sie własciwie jest: chłopcem bez penisa, czy dziewczynka bez macicy. I z ktorej ubikacji korzystać: tej dla chlopców bez penisa, czy tej dla dziewczynek bez macicy.
Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.
Zostaw komentarz