Kiedy unijni komisarze i negocjatorzy Mercosuru w końcu przybili piątki, finalizując umowę o wolnym handlu, większość polskich rolników wiedziała już, że to nie jest „kolejna umowa handlowa”. To raczej taki moment, kiedy człowiek patrzy na termometr i widzi, że gorączka nie spada – i przestaje udawać, że „to tylko przeziębienie”. Mercosur nie zabije polskiego rolnictwa. Zabije za to dotychczasowy model gospodarowania. A skoro tak, to pora wrócić do metod wypróbowanych i skutecznych w przeszłości.

Bo jak tu wygrać z Brazylią czy Argentyną w konkurencji „kto taniej sprzeda kilo wołowiny albo cukru”? Nie da się. I nie ma w tym nic obraźliwego – po prostu oni mają inne warunki, inne koszty, inną skalę. My możemy próbować udawać, że to tylko chwilowe zawirowanie, ale prawda jest taka, że polska wieś stoi dziś przed wyborem, którego nie da się już odłożyć na później. Albo zostaniemy przy taniej masówce i pozwolimy się zmiażdżyć importowi, który zawsze będzie tańszy, albo przestawimy się na model, w którym wartość zostaje na wsi: jakość, lokalność, przetwórstwo i współwłasność łańcucha. Innej drogi nie ma, choćbyśmy nie wiem jak chcieli ją sobie dopisać.

Wystarczy spojrzeć na najprostszy przykład. Rolnik sprzedaje mleko po kilka złotych za litr. W dyskoncie to samo mleko kosztuje parę razy więcej. Różnica nie bierze się z cudów, tylko z marży, która ucieka do chłodni, przetwórni i centrali sieci handlowej w Lizbonie albo São Paulo. Rolnik produkuje, ale nie decyduje o cenie, nie decyduje o marży, nie decyduje o tym, pod jaką marką produkt trafi na półkę. Mercosur tylko to obnaży: tani import będzie jeszcze tańszy, a marża jeszcze dalej od wsi. I to jest właśnie ten moment, kiedy trzeba przestać udawać, że „jakoś to będzie”.

Nie ma też co liczyć, że Bruksela nas uratuje. Nie dlatego, że jest zła czy antypolska – to byłoby zbyt proste. Po prostu ma inne priorytety. Dla Komisji Europejskiej polska wieś jest elementem łańcucha dostaw, który ma być tani i przewidywalny. Tak, żeby niemiecki przemysł samochodowy mógł dalej sprzedawać auta w Brazylii, a francuskie koncerny chemiczne miały z czego żyć. Rolnictwo polskie jest w tym układzie kosztem akceptowalnym. Dopóki nie wybuchnie protest, można je poświęcić. Jeśli więc czekamy na cud, to czekamy na coś, co nie nadejdzie. A czekanie, jak wiadomo, nie jest strategią.

A przecież to wszystko już kiedyś przerabialiśmy. Po wojnach napoleońskich, gdy Prusy przejęły Wielkopolskę i zaczęły dociskać chłopów podatkami, kontyngentami zboża i zakazem sprzedaży ziemi bez zgody urzędnika, wieś nie czekała na łaskę Berlina. Zaczęła się samoorganizować. W latach 30. i 40. XIX wieku powstawały pierwsze kółka rolnicze, spółdzielnie mleczarskie, kasyna chłopskie i towarzystwa rolnicze – wszystko to, co później wyrosło na potężny ruch spółdzielczy Wielkopolski i Pomorza. Pięknie pokazano to w serialu „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”. Jeden z bohaterów mówi tam mniej więcej tak (cytuję z pamięci): „Jak Prusak chciał nas wydoić do sucha, to myśmy się zebrali po kryjomu i zaczęli mleko przerabiać sami. I tak przetrwaliśmy”. To nie jest nostalgia. To jest instrukcja obsługi rzeczywistości.

Bo gdy centralna władza chce nas zrobić surowcem, jedyną obroną jest przerobić surowiec na produkt i sprzedać go samemu – pod własną marką, we własnym sklepie, z własną marżą.

Warto też pamiętać, że polski chłop nie jest nowicjuszem w sztuce przetrwania. Przetrwał nawet komunizm, obowiązkowe dostawy, kontyngenty i ceny urzędowe. Przetrwał PGR-y, mimo że był przy nich jak mrówka przy słoniu. I wygrał nie siłą, lecz jakością. Jego żywność była poszukiwana, bo była prawdziwa – bez receptur z centralnego planu i bez przemysłowych skrótów. Dziś widać to zresztą gołym okiem: tam, gdzie na wieś przyjechali działkowicze czy „miastowi na weekend”, natychmiast zaczyna się handel jajkiem, mlekiem, ziemniakiem, miodem – nie z supermarketu, tylko „od chłopa”. To jest sygnał, którego nie wolno zlekceważyć. Skoro miasto samo przyjeżdża po wieś, to znaczy, że pora, by wieś wyszła do miasta. Ze straganem, sklepem, marką.

I tu dochodzimy do tego, co nazywam GS 2.0. Nie chodzi o sentymentalne odtwarzanie GS-ów z lat 80., tylko o coś, co dziś działa na Zachodzie pod nazwami „community stores”, „magasins de producteurs” czy „food co-ops”, a co my kiedyś mieliśmy i głupio porzuciliśmy. Chodzi o lokalne sklepiki i małe przetwórnie, w których rolnicy nie są tylko dostawcami – są współwłaścicielami.

Najprościej zrobić to w formie spółki komandytowej. Rolnicy jako komandytariusze wnoszą surowiec, wiedzę i niewielki kapitał, a komplementariusz – zawodowy menedżer – prowadzi sklep, przetwórnię, logistykę i e-commerce. Forma prawna jest tu drugorzędna; kluczowe jest to, że marża nie ucieka do Lizbony czy São Paulo, tylko zostaje w gminie. Rolnik nie tylko sprzedaje mleko – dostaje też dywidendę ze sklepu i z serowarni. Klient nie kupuje anonimowego produktu, tylko „Dobre z Beskidu”, „Ziemię Andrychowską”, „Mleko od Kowalskich”. To nie jest utopia. To jest ekonomia bliskości, której globalny import nie przebije, choćby nie wiem jak się starał.

Jest jednak jeden warunek, bez którego cała ta konstrukcja rozpadnie się szybciej niż karton po mleku: rzetelność kupiecka. Jeśli w chłodni GS 2.0 pojawią się truskawki z Egiptu, czereśnie z Turcji albo wołowina z kraju, gdzie rutynowo stosuje się antybiotyki profilaktyczne – i ktoś podpisze je jako „polskie” – zaufanie pęknie jak cienki lód. Bo jeśli raz klient odkryje, że „polskie truskawki” przyjechały z Egiptu albo z Turcji, to nie wróci – i słusznie.

I jest jeszcze jeden wymiar tej uczciwości, o którym mówi się zbyt rzadko: zdrowie. Polska żywność ma dziś wciąż ogromny kapitał zaufania, bo przez dekady była mniej chemiczna, mniej przemysłowa, bardziej oparta na gospodarstwach rodzinnych niż na fabrykach jedzenia. To właśnie dlatego tak groźne jest fałszowanie pochodzenia. Bo ono nie tylko oszukuje klienta na cenie czy etykiecie, ale niszczy coś znacznie cenniejszego – przekonanie, że „polskie” znaczy bezpieczne i naturalne. Jeśli pozwolimy, by pod tą nazwą sprzedawano import naszpikowany pestycydami czy mięso produkowane w standardach, których u nas nie wolno, to sami podcinamy gałąź, na której siedzimy. Zaufanie do żywności buduje się latami, a traci jednym skandalem.

Lokalność ma sens tylko wtedy, gdy jest prawdziwa. Dlatego uczciwość musi być wpisana w DNA takiego przedsięwzięcia: pełna transparentność pochodzenia, najlepiej z kodem QR prowadzącym do zdjęcia gospodarstwa, imienia rolnika i daty zbioru; samoregulacja, bo skoro wszyscy są współwłaścicielami, to wszyscy pilnują; oraz dotkliwe kary za fałszowanie – proporcjonalne do obrotu i z realnym zakazem działalności. Bez tego GS 2.0 będzie tylko ładnym hasłem. Z tym – stanie się tarczą, której Mercosur nie przebije.

Państwo i samorząd nie muszą tu robić rewolucji. Wystarczy, że przestaną przeszkadzać i zaczną minimalnie pomagać. Nie dopłaty do hektara, tylko wsparcie jakości, przetwórstwa, krótkich łańcuchów i wspólnych marek. Ułatwienia przy zakładaniu spółek z udziałem rolników. Wsparcie małych przetwórni – nie dotacjami na wszystko, tylko pożyczkami zwrotnymi i preferencyjnym leasingiem. Egzekwowanie standardów importu spoza UE, bez taryfy ulgowej dla mięsa z antybiotykami czy owoców z pestycydami, których u nas nie wolno. I wreszcie – zamówienia publiczne: stołówki szkolne, szpitale, wojsko. Niech kupują od GS 2.0, a nie od globalnych koncernów.

A ja? Ja już jestem emerytem. Nie będę stawał za ladą, nie będę liczył palet, nie będę zarządzał GS-em 2.0. Ale mogę powiedzieć głośno to, co wielu myśli po cichu: możemy jeszcze odwrócić los polskiej wsi. Możemy zbudować system, w którym rolnik nie jest najsłabszym ogniwem, tylko współwłaścicielem wartości, którą tworzy. Możemy postawić sklep na rogu, w którym znamy rolnika po imieniu, a nie po kodzie kreskowym.

Pytanie tylko, czy zdążymy, zanim kontenery z Mercosuru zaleją chłodziarki, a młodzi rolnicy powiedzą „dość” i wyjadą. Bo jeśli nie zdążymy, to nie Mercosur nas wykończy. Sami się wykończymy.

Zbigniew Grzyb

Z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄