To był epicki wyjazd, swoista wyprawa po złote runo, na wybrzeże Morza Czarnego, do Odessy – miasta bohatera. Jeden z najlepszych moich wypadów na Wschód, jedna z najbardziej zgranych ekip wyjazdowych. Czasem myślę sobie, że to się tak naprawdę nie wydarzyło, bo za piękne było. Trzy lata po tym wypadzie Ruscy zajęli Krym. I zgasili światło w tej części Europy. Od gaszenia światła, kradzieży zegarków, kibli i bud dla psów są bowiem specjalistami.

Jechaliśmy nocnym pośpiesznym do Przemyśla, potem busik do granicy, którą przechodziliśmy z buta, po drugiej stronie marszrutka do Lwowa. Ze Lwowa nocny do Odessy o 19:00. Obowiązkowo wagon płackartny, w którym nie ma przedziałów za to jest jakieś 80 prycz do spania wzdłuż i wszerz wagonu. Każdy w tym kolejowym mikrokosmosie znajdzie coś dla siebie. W jednej części trwała konsumpcja pożywnej wódeczki, w drugiej gra w karty, w trzeciej dwóch mężczyzn w podkoszulkach zajadało suszoną rybę o długości ok. metra, w czwartej kolejka do kibla zamykanego pół godziny przed stacją i pół godziny po wyjechaniu stacji, tak, że łatwiej było trafić czwórkę w Lotto niż dojść do kibla. W piątej kolejka do samowaru, w szóstej dyskusja na tematy polityczne. W środku jakieś 30 stopni, ale okien nie wolno otwierać, bo cały Wschód od linii Kielc – Puław – Ostrołęki najbardziej w życiu obawia się tzw. przewiania – urojonej choroby.

Perony na stacjach pośrednich to jeden wielki bazar i „latająca” restauracja. Ciepłe jeszcze pierożki, suszone ryby, kiszone ogórki i cały ten kulinarny świat Wschodu. Sprzedają głównie babuszki, bo faceci leżą zachlani na zdezelowanych wersalkach. Można wymienić na szybko walutę, ale jakby trzeba było zęba wyleczyć, to na bank w okolicy znalazłby się jakiś dentysta z podręcznym zestawem małego stomatologa.

Sama Odessa – jak to miasto portowe. Gwarna, wielobarwna, nonszalancka i wyniosła. Mnóstwo fantastycznych zaułków, reliktów z czasów radzieckich, milicjantów z małymi głowami (a może to dlatego, że mają takie wielkie czapki?), krawężników malowanych jak w Rumunii – olejną farbą, zdezelowanych i smrodzących samochodów, głównie marki Łada.

Po tym wypadzie Ruscy zaczęli wojnę z Ukrainą, potem był kowid, który zgasił światło nad całym światem. Pewnie już tam nigdy nie pojadę, dlatego pozwalam sobie na takie sentymentalne wspomnienie wyjazdu z 2011 roku.

Galeria zdjęć zobacz TUTAJ.