Dzisiaj przypada rocznica napaści ZSRR na Polskę. 5 tygodni później w 1939 r. we Lwowie, w którym schronili się nasi rodzice, urodziła się moja siostra Stasia, 4 lata później w Złoczowie urodziliśmy się my, ja i moja siostra Marysia. Patrząc na moje prawnuczki Łucję, Zuzannę, Karolinę i prawnuka Antoniego, próbuję sobie wyobrazić traumę dzieci urodzonych podczas II Wojny Światowej, zwłaszcza tam na Kresach. Przecież my, niczym czułe sejsmografy rejestrowaliśmy w swojej niemowlęcej świadomości każdy karabinowy wystrzał, huk spadających bomb, krzyki przerażenia i ten paniczny lęk naszych rodziców, zwłaszcza niepokoje Naszej Mamy… o wszystko, o życie, o dach nad głową, o mleko niezbędne niemowlętom, o pieluchy, których nie było, o jarzyny na zupki, o lekarstwa w przypadku choroby, o zapewnienie dzieciom ciepła w trzaskające na Wschodzie mrozy itd. 5 lat temu spotkała nas niezwykła przygoda. W wydanych przez IPN wspomnieniach „Zapiski 1939-1944” Wiesława Michałek pod datą 4 sierpnia 1943 r. napisała”: Już od 1 sierpnia jest Stasia Wodyńska u nas. Jest ona bardzo żywą, ale mądrą i nadzwyczaj spostrzegawczą dziewczynką. Teraz cieszy się, że dostała od mamusi braciszka i siostrzyczkę – bliźnięta. Z tego powodu jest u nas.”
Ta książka to unikalny dokument, napisany przez kilkunastoletnią wówczas autorkę w realiach wojennej rzeczywistości Kresów Wschodnich. Dziewczynka była córką sędziego lwowskiego Sądu Okręgowego, po aresztowaniu ojca przez NKWD ukrywała się wraz z matką i młodszym bratem w podzłoczowskiej wsi.
Bardzo lekturą pamiętnika poruszony napisałem list do sędziwej obecnie autorki tych wspomnień, która po wojnie, po wielu perypetiach opuściła Kresy i przyjechała do Bytomia, tam początkowo była przedszkolanką, następnie nauczycielką, wreszcie po ukończeniu studiów medycznych, została – cenionym w Bytomiu lekarzem okulistą, a po przejściu na emeryturę, zamieszkała w Górkach Wielkich.
Wielce Szanowna Pani Wiesławo!
Szczęśliwym zbiegiem zdarzeń dotarłem do Pani książki: „Zapiski z lat 1939-1944”. Połykając łzy wzruszenia, przeczytałem ją jednym tchem. Okazało się bowiem, że opisując swoje dramatyczne losy, przekazała Pani w niej też bardzo ważne dla mnie informacje: o moim ojcu, o mojej, starszej od nas siostrze Stasi, a nawet odnotowała Pani pod datą 4 sierpnia 1943 r. fakt naszych urodzin.
Niezwykle cenna dla nas źródłowo jest to lektura, pozwalająca ustalić, iż nasi rodzice schronili się (najprawdopodobniej przed Sowietami) w Ostrowczyku Polnym, że nasz ojciec był „inspektorem stawów”, a nawet to, ze trochę Pani rodzinie pomagał.
Dzięki Pani pamiętnikowi także zostało ustalone, kiedy (18 marca 1944) rozpoczęliśmy naszą tułaczkę na Zachód. Moja siostra Stasia, o której Pani tak życzliwie wspominała, też jest niezwykle tym poruszona. Nasz ojciec Stanisław Wodyński zmarł w 1953 r. a nasza mama 34 lat później; w grudniu 1988. Są pochowani na cmentarzu w Wadowicach, w mieście, które było dla nich, wypędzonych ze Wschodu – ostatnią przystanią. Tam też dorastaliśmy, tam też obecnie mieszkają moje obie siostry Stasia i bliźniacza Marysia.
Od paru dni o tym, co przed nami, dzięki Pani po tylu latach się odkryło – rozmawiamy. Przywołujemy najbliższe nam postacie, snujemy także pewne domysły, takie jak te – iż bardzo możliwe było, że Pani Matka i nasza, urodzona w 1904 r. mama dobrze się, jako nauczycielki – znały? Bo jakże inaczej należy zrozumieć to, że na czas rozwiązania, powierzono Wam pod opiekę – Stasię? Nasz tato miał licznych krewnych zamieszkałych w Podhorcach, w Jasionowie, jego siostra (później zamordowana wraz z mężem i córeczką przez Ukraińców) mieszkała w Pieniakach, a jednak ojciec zdecydował się malutką Stasię umieścić w Skwarzawie.
Wiemy od kuzynki Danusi, że rodzice mieli też w tym czasie mieszkanie w Złoczowie, tam też proboszczem był, brat pracodawcy ojca ks. Jan Cieński, który – w opublikowanych obecnie do swojego brata listach wspominał o tym, że się z naszym ojcem kontaktował. On też mógł wtedy wskazać, jakąś zaufaną do opieki nad małym dzieckiem osobę, a jednak Stasia trafiła do Was. Nasza mama pracowała w Brodach, a później w Pieniakach, a więc placówkach podległych inspektoratowi oświatowemu w Brodach. Pani mama, wcześniej uczyła w Różowoli (inspektorat złoczowski), potem przestała pracować. Bardzo prawdopodobną zatem hipotezą jest to, że mogły być koleżankami z Seminarium Nauczycielskiego we Lwowie. Tylko taka zażyłość mogła owocować zaufaniem i teraz, po 83 latach, jakie od tamtego czasu upłynęły – za opiekę nad malutką Stasią dziękujemy.