Komuch został Marszałkiem, jojczą prawicowi posłowie i redaktorzy. Zachowują się tak jak gdyby „komuch” nie był dwa razy z rzędu prezydentem, a za drugim razem w pierwszej turze, co się żadnemu nie-komuchowi dotąd nie udało. Tymczasem zagorzały kibic Lechii Gdańsk wszedł do Pałacu jakimś żałośnie małym marginesem głosów. Kwaśniewski osiągnął w pierwszej turze osiągając 53,9% głosów i to mimo, że kazał Markowi Siwcowi całować Ziemię Kaliską. Więc nie ma się co dziwić Włodzimierzowi Czarzastemu, że uczynił Siwca szefem Kancelarii. „Komuchy” trzymają się razem. Dając „komuchom” niejedno zwycięstwo wyborcze suweren czyli naród dał im pełne prawo do uczestniczenia w demokracji. Zresztą źle to świadczy o prawdziwych patriotach, że zdarzało im się przegrywać z byłymi członkami Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Żadna prawicowa a więc niekomunistyczna partia nie otarła się jak dotąd o wynik jaki komuchy (w koalicji z Unią Pracy) uzyskały w 2001 – 41%. Nazywano ich wówczas post-komunistami, a więc już nie komunistami.

Oczywiście nazywanie komunistą kogoś kto tak znakomicie jak Czarzasty odnalazł się w kapitalizmie jest niemądre. Czarzasty bowiem wziął swój los we własne ręce i został bogaczem kapitalistą. Karol Nawrocki też tak chciał, ale mu poszło co najmniej słabo.
Ktoś powie, że tak szybka kariera w biznesie nowego marszałka Sejmu rodzi podejrzenia. Za to deweloperzy finansujący PiS i PO też nie dorobili się smarując chleb cienko margaryną. Nie rzucajcie zatem kamieniami skoro sami dziewicami nie jesteście. Czarzasty procesów nie przegrywa a w siodle siedzi mocno.
Dlaczego Czarzasty, drą włosy z głowy telewizyjni super patrioci. Bo jest szefem formacji niesłusznie zwanej lewicą, która zdobyła ponad 8% głosów, bez których nie dałoby się stworzyć obecnie rządzącej koalicji. Współtwórców tego sukcesu trzeba było jakoś obdzielić. A że marszałek może być tylko jeden to najpierw był Hołownia a po nim przyszła kolej na Czarzastego. Pan Włodzimierz nie jest tytanem intelektu ale swój rozum ma. Jest też zręcznym graczem gabinetowym i już dziś widać, że władzy raz zdobytej z rąk nie wypuści. Czyli, że nie da się strącić z piedestału lidera lewicy.
Pierwszy raz zostałem posłem bo Kwaśniewski potrzebował w swoich szeregach radykalnego działacza opozycji, represjonowanego i takiego, który nigdy nie był w Partii. Sądziliśmy wtedy, że oportuniści z PZPR mogą stać się chociaż socjaldemokratami. Na rozmowy programowe z Millerem my, PPSowcy, wyruszyliśmy pełni nadziei, że przekonamy partyjnych aparatczyków do naszych radykalnych reform społecznych, wstrzymania prywatyzacji, aktywnej polityki społecznej itp. Jakież było nasze zdumienie kiedy Miller i towarzyszący mu Krzysztof Janik zgodzili się na wszystkie nasze propozycje od razu, wpisali je na ulotki, aby zaraz po wyborach o nich zapomnieć. Zrozumieliśmy w ten sposób, że oni z żadna lewicą społeczną nie mają i nie chcą mieć nic wspólnego. Wielu prospołecznych PiS-owców dla Millera (zwolennika podatku liniowego) czy Kwaśniewskiego to groźni lewacy.

W szeregach PiS nie brakuje byłych PZPR-owców. Ci są najgorsi. Wypierają się swojej przeszłości by jak najszybciej zmyć z siebie piętno „komucha”. To ci przeszli na złą stronę mocy.
Często szczerze lub nieszczerze prawicowcy wypytują mnie czy byłem w PZPR. Niesłusznie bowiem sądzą, że przywiązanie do idei równości, sprawiedliwości społecznej można wynieść z tylko z Partii. Nic bardzie błędnego. Ja lądowałem w aresztach za to, że byłym szczerze i mocno przywiązany do moich socjalistycznych ideałów. A partyjniacy tymi ideałami gardzili. Nomenklatura szykowała się do uwłaszczenia by dzielić łupy z co bardziej cwanymi solidaruchami.
Nazwanie Czarzastego komunistą byłoby niezasłużonym komplementem. Jest on kimś kto poczytuje sobie za honor nie posiadanie żadnych poglądów. Należy do ludzi, którzy na transformacji ustrojowej skorzystali. Do tych, którzy doskonale wiedzieli i wiedzą, gdzie są konfitury.

Jedno jednak trzeba mu przyznać. Jest w swym bezgranicznym cynizmie bardzo szczery. Poszedł za Donaldem Tuskiem i jak na razie dobrze na tym wychodzi. On, bo niekoniecznie jego formacja. Osiągnął dużo słabszy wynik niż poprzednich wyborach, a i tak cieszył się jak dziecko, że bez niego nie będzie koalicji i z tym swoim gorszym wynikiem będzie mógł współrządzić. Spogląda teraz na świat okiem kogoś kogo nikt nie odsyła do tylnego wagonu. Podziękowaniom, wiernopoddańczym hołdom nie było końca gdy wstępował na swój urząd. Było to tak żenujące, że Razem, które miało go poprzeć w końcu zagłosowało przeciw tej nominacji.

Co dalej? Zastanawiając się jak dalej potoczy się ta kariera warto zauważyć, że ankietowani w tej sprawie Polacy uważają, ze będzie lepszym marszałkiem niż Hołownia. Teraz nadszedł jego czas. Jedną decyzją zakończył bezczelne chlanie w Sejmie. Zostanie już tylko chlanie pokątne. Zrobi też to, co rodacy ubóstwiają. Uderzy nieuczciwych podróżników po kieszeni robiąc porządek z kilometrówkami. A to dopiero początek, Czarzasty wychodzi z cienia.

Fot. Sejm.gov.pl

Autor: Piotr Igor Ikonowicz  Polski polityk, dziennikarz, działacz społeczny i na rzecz praw człowieka. Lider Polskiej Partii Socjalistycznej, redaktor pisma członków MRKS „Robotnik”, założyciel i przewodniczący Nowej Lewicy oraz Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. Poseł na Sejm II i III kadencji.