Sejm zdecydował: CBA do likwidacji. Oficjalny komunikat mówi o „uporządkowaniu systemu służb” i „przeniesieniu kompetencji”. W języku politycznym to mniej więcej tyle, co komunikat restauracji: „nie zamykamy lokalu, tylko przenosimy kuchnię do piwnicy, a kelnerów wysyłamy do domu”.
Centralne Biuro Antykorupcyjne było w Polsce instytucją szczególną. Jedni widzieli w nim psa gończego na korupcję, inni — psa partyjnego na przeciwników. Ale nawet jeśli pies czasem szczekał nie na tego listonosza, to jednak był w domu. Teraz ktoś uznał, że najlepiej będzie psa oddać, bo przecież złodzieje i tak wiedzą, że kraść nie wolno.
Rząd przekonuje, że nic się nie zmieni, bo zadania CBA przejmą inne instytucje. To klasyczny trik administracyjny: rozebrać jedną instytucję na części i rozdać jej obowiązki pięciu innym, żeby w efekcie nikt już naprawdę za nic nie odpowiadał. Korupcja uwielbia takie rozwiązania — to dla niej coś w rodzaju otwartej przestrzeni biurowej: dużo biurek, dużo ludzi i absolutnie żadnego właściciela problemu.
Oczywiście wszystko dzieje się w imię „naprawy państwa”. W Polsce każda władza coś naprawia. Jedna naprawia sądy, druga służby, trzecia media. Po kilku latach tych napraw państwo wygląda jak samochód po dziesięciu mechanikach: maska się domyka, ale nikt nie wie, gdzie jest hamulec.
W tle pojawia się jednak ciekawsze pytanie: dlaczego właśnie teraz? Bo w polityce nic nie dzieje się „po prostu”. Likwidowanie instytucji kontrolnych w czasie, gdy przez państwo mają przepływać miliardy z programów, funduszy i kredytów bezpieczeństwa, jest trochę jak demontaż kamer w banku tuż przed dużą dostawą gotówki.
Zwolennicy decyzji mówią: CBA było upolitycznione. Krytycy odpowiadają: to prawda — ale rozwiązaniem problemu upolitycznienia nie jest likwidacja kontroli. To tak, jakby zlikwidować policję drogową, bo czasem łapie nie tych kierowców, których trzeba.
Najbardziej ironiczne jest jednak to, że polska polityka od lat żyje hasłem walki z korupcją. Każda nowa ekipa obiecuje przejrzystość, uczciwość i koniec układów. A potem — gdy przychodzi moment, w którym ktoś mógłby tę uczciwość sprawdzać — nagle okazuje się, że instytucja jest zbędna, wadliwa albo „wymaga reformy”.
W praktyce wygląda to jak klasyczny plan B: niech państwo działa trochę bardziej po omacku. Bo w półmroku łatwiej przenosi się ciężkie walizki z pieniędzmi.
Polska polityka ma jedną niezwykłą zdolność: potrafi jednocześnie mówić o przejrzystości i gasić światło.
I robi to z zadziwiającą pewnością siebie.
Zostaw komentarz